... że Dzidź się rusza :-D
Uczucie jest niezapomniane i wniosło jakby zupełnie nową jakość ciąży:-) Teraz mam namacalny dowód, że On lub Ona tam jest.
Zaczęło się od bardzo delikatnego przesuwania się czegoś pod skórą (już w połowie 17 tygodnia, więc wcześnie dosyć), podobnego w sumie do ruchów jelit, więc nie byłam pewna od razu :-p Z dnia na dzień nasilało się jednak i wkrótce zaczęło przypominać nieregularne drgania mięśnia z niedoboru magnezu;-) Jednak nigdy czegoś takiego nie czułam i jak pierwszy raz tak mi zatrzepotało, wiedziałam od razu, że to TO:-) Teraz jak leżę na plecach lub siedzę i trzymam dłoń na brzuchu, mogę poczuć już wyraźne (choć nadal leciutkie) puknięcia w różnych miejscach :-)
Nawet Konradowi dwa czy trzy razy się udało. Jego mina - bezcenna:-D
A tak poza tym, to pochwalić się chciałam, że od wczoraj jestem nauczycielem kontraktowym. Mam z głowy staż, różne formalne duperele i zagłębiam się wreszcie w pełen relaks i oczekiwanie na Dzidzia. Lub Dzidzię;-) Mam nadzieję, że za miesiąc na USG poznamy płeć:-)
piątek, 2 lipca 2010
czwartek, 10 czerwca 2010
Dwudziestosiedmiolatka :-)
Jak chyba wszyscy wiedzą, urodzinki miałam w niedzielę:-)Dwudzieste siódme!
Ta liczba brzmi dosyć abstrakcyjnie, ale to tylko liczba. Bo w środku mnie, w moim życiu, nic się na takich "progach" nie zmienia. Jestem kim jestem, wciąż taka sama (no może cechy z młodości durnej i chmurnej wyostrzają mi się z wiekiem, bunt młodzieńczy z upływem lat przybiera na sile;-) Nic się nie zmieniło po 15 urodzinach, które były dla mnie jakimś magicznym momentem, zanim do niego dotarłam. Potem oczywiście 18 urodziny. Też naturalnie nic się nie zmieniło, poza tym, że mogłam legalnie kupić alkohol (gdybym chciała - zwykle nie chciałam;-) Matura - świat nadal wygląda tak samo. Dwudzieste... Nic nowego. Obrona magisterki - już mądrzejsza - nie oczekiwałam, że coś się zmieni (oczywiście miałam rację:-p) Dwudzieste piąte urodziny - pełne ćwierć wieku wszak! Zmieniłam się o kolczyk w nietypowym miejscu, który zafundowałam sobie w Anglii na tę okoliczność. Kolejny "próg", który wielu z nas postrzega jako magiczny, to trzydziestka. Nie ekscytuję się tym, wiem, że nic się nie zmieni:-p
W duszy wciąż mam jakieś 17-18 lat i to się raczej nieprędko zmieni. Wiek (albo ciąża?) wyostrzają mi paskudne cechy z tamtego okresu - mam ostatnio wrażenie, że jestem coraz bardziej krnąbrna, wyrazista, trudna we współżyciu, ostra w osądach... :-p Cóż, nie będę nad tym płakać. Wolę być wyrazista niż mdła:-)To może urodzinowe podsumowanie teraz;-) Pamiętam jak dziś urodziny dwudzieste szóste, w wynajętej kawalerce, z miłymi gośćmi, tortem Pichingerem i grą w Prawo Dżungli :-) Dokładnie umiem powiedzieć, co się zdarzyło przez ten rok. Na minus - pogorszenie mojego samopoczucia "nerwiczkowego". Na plus - włosy urosły (to plus z punktu widzenia męża, ja mam ich już serdecznie dosyć;-) , w szafie pojawiły się wymarzone oryginalne Martensy:-D Kupiliśmy mieszkanie (na minus, że na kredyt, ale jest NASZE:-) , przygarnęliśmy kota, który okazał się prawdziwym futrzatym plastrem na zmartwienia:-) No i zaszliśmy w ciążę. To był dobry rok:-) Sama sobie składam spóźnione życzenia, żeby nadchodzący był jeszcze lepszy;-) A co! "Jak kochać to księcia, jak kraść to miliony!";-)
Załączam zdjęcie z dnia urodzin, z futrzatym plastrem :-)
Ta liczba brzmi dosyć abstrakcyjnie, ale to tylko liczba. Bo w środku mnie, w moim życiu, nic się na takich "progach" nie zmienia. Jestem kim jestem, wciąż taka sama (no może cechy z młodości durnej i chmurnej wyostrzają mi się z wiekiem, bunt młodzieńczy z upływem lat przybiera na sile;-) Nic się nie zmieniło po 15 urodzinach, które były dla mnie jakimś magicznym momentem, zanim do niego dotarłam. Potem oczywiście 18 urodziny. Też naturalnie nic się nie zmieniło, poza tym, że mogłam legalnie kupić alkohol (gdybym chciała - zwykle nie chciałam;-) Matura - świat nadal wygląda tak samo. Dwudzieste... Nic nowego. Obrona magisterki - już mądrzejsza - nie oczekiwałam, że coś się zmieni (oczywiście miałam rację:-p) Dwudzieste piąte urodziny - pełne ćwierć wieku wszak! Zmieniłam się o kolczyk w nietypowym miejscu, który zafundowałam sobie w Anglii na tę okoliczność. Kolejny "próg", który wielu z nas postrzega jako magiczny, to trzydziestka. Nie ekscytuję się tym, wiem, że nic się nie zmieni:-p
W duszy wciąż mam jakieś 17-18 lat i to się raczej nieprędko zmieni. Wiek (albo ciąża?) wyostrzają mi paskudne cechy z tamtego okresu - mam ostatnio wrażenie, że jestem coraz bardziej krnąbrna, wyrazista, trudna we współżyciu, ostra w osądach... :-p Cóż, nie będę nad tym płakać. Wolę być wyrazista niż mdła:-)To może urodzinowe podsumowanie teraz;-) Pamiętam jak dziś urodziny dwudzieste szóste, w wynajętej kawalerce, z miłymi gośćmi, tortem Pichingerem i grą w Prawo Dżungli :-) Dokładnie umiem powiedzieć, co się zdarzyło przez ten rok. Na minus - pogorszenie mojego samopoczucia "nerwiczkowego". Na plus - włosy urosły (to plus z punktu widzenia męża, ja mam ich już serdecznie dosyć;-) , w szafie pojawiły się wymarzone oryginalne Martensy:-D Kupiliśmy mieszkanie (na minus, że na kredyt, ale jest NASZE:-) , przygarnęliśmy kota, który okazał się prawdziwym futrzatym plastrem na zmartwienia:-) No i zaszliśmy w ciążę. To był dobry rok:-) Sama sobie składam spóźnione życzenia, żeby nadchodzący był jeszcze lepszy;-) A co! "Jak kochać to księcia, jak kraść to miliony!";-)
czwartek, 27 maja 2010
Dzieje się :-D
Kochani.
Wiem, że nie pisałam wieki. Nie bijcie.
Nie chciałam pisać o byle czym, a to co najważniejsze, chciałam zostawić na moment, gdy już będę pewna, że mogę napisać :-)
Oczywiście większość z Was już wie (a może wszyscy:-) ale i tak chcę to tutaj zapisać.
Zwłaszcza, że okazja jest piękna - dziś nasza z Konradem czwarta rocznica ślubu :-D
I w końcu napiszę, chociaż sama wiem od dosyć dawna, że SPODZIEWAMY SIĘ DZIECKA :-)
Nareszcie:-)
Przepisany przez pana doktora Bromergon zadziałał bez pudła i 17 marca, myśląc, że mam halucynacje, zobaczyłam bardzo bladą druga kreskę na teście ciążowym.
Jednak kolejne testy w następnych dniach wychodziły wyraźniejsze! :-)
Tuż przed Wielkanocą, w 5 tygodniu, z powodu małego plamienia, trafiłam do szpitala na badanie i tam już na USG wykryto pęcherzyk ciążowy :-)
W 7 tygodniu po raz pierwszy zobaczyliśmy dzidziola na USG i zobaczyliśmy jego migające serduszko. Mogliśmy je tez usłyszeć!
Dziś jestem w połowie 13 (a według USG - w połowie 14) tygodnia. Wczoraj znów podejrzeliśmy dzidziucha - miał 76mm długości, ręce z palcami, nogi, bijące serce, kręgosłup, żołądek, kość nosową... Czyli wszystko na swoim miejscu:-) Gdy zajrzeliśmy do brzucha, spał (na głowie, nawisem mówiąc:-) ale poszturchnięty głowicą USG przebudził się, trochę powierzgał, a na koniec pomachał łapką :-)
Większość dolegliwości typowych dla I trymestru mam już za sobą, a i tak nie były one zbyt nasilone. Umiarkowane mdłości, wzdęcia, ból piersi, zmęczenie - nic wielkiego. Teraz czuję się coraz lepiej i powolutku zaczyna mi wychodzić brzuszek - na razie jest tylko lekko zaokrąglony, ale z tymi brzuchami to tak jest, że wyskakują potem nie wiadomo kiedy:-)
Cieszę się odpoczynkiem na zwolnieniu (jeszcze tylko czeka mnie w pracy egzamin na nauczyciela kontraktowego) i rozmyślam, co też on (ona?) aktualnie robi, jak się czuje... Czy lubi jak jem słodkie? A może woli słone? Czy wygodniej mu jest jak leżę, czy jak siedzę? A może najbardziej lubi jak się ruszam? Czy słyszy nasze głosy? Czy czuje mruczenie kota, jak położy mi się blisko brzucha? Czy lubi jak biorę ciepły prysznic? Jak smaruję kremem brzuch?... Bardzo mnie to wszystko intryguje, ale niestety odpowiedzi mogę sobie tylko wymyślać, bo nigdy się tego tak naprawdę nie dowiem...
Tak więc czeka mnie zupełnie inne lato niż zwykle - z wypukłym brzuchem i kimś kopiącym mnie od środka :-)
Cieszę się na to.
I mam nadzieję, że cieszycie się ze mną.
"Obcy" na załączonym zdjęciu to sfotografowany wczoraj nasz dzidziuś. Widać duży łepek, tułów i nóżkę, opierającą się o "sufit" (większą część trwającego ponad 20 minut badania spędził w tej pozycji;-)
Ściskam Was ciepło!
Wiem, że nie pisałam wieki. Nie bijcie.
Nie chciałam pisać o byle czym, a to co najważniejsze, chciałam zostawić na moment, gdy już będę pewna, że mogę napisać :-)
Oczywiście większość z Was już wie (a może wszyscy:-) ale i tak chcę to tutaj zapisać.
Zwłaszcza, że okazja jest piękna - dziś nasza z Konradem czwarta rocznica ślubu :-D
I w końcu napiszę, chociaż sama wiem od dosyć dawna, że SPODZIEWAMY SIĘ DZIECKA :-)
Nareszcie:-)
Przepisany przez pana doktora Bromergon zadziałał bez pudła i 17 marca, myśląc, że mam halucynacje, zobaczyłam bardzo bladą druga kreskę na teście ciążowym.
Jednak kolejne testy w następnych dniach wychodziły wyraźniejsze! :-)
Tuż przed Wielkanocą, w 5 tygodniu, z powodu małego plamienia, trafiłam do szpitala na badanie i tam już na USG wykryto pęcherzyk ciążowy :-)
W 7 tygodniu po raz pierwszy zobaczyliśmy dzidziola na USG i zobaczyliśmy jego migające serduszko. Mogliśmy je tez usłyszeć!
Dziś jestem w połowie 13 (a według USG - w połowie 14) tygodnia. Wczoraj znów podejrzeliśmy dzidziucha - miał 76mm długości, ręce z palcami, nogi, bijące serce, kręgosłup, żołądek, kość nosową... Czyli wszystko na swoim miejscu:-) Gdy zajrzeliśmy do brzucha, spał (na głowie, nawisem mówiąc:-) ale poszturchnięty głowicą USG przebudził się, trochę powierzgał, a na koniec pomachał łapką :-)
Większość dolegliwości typowych dla I trymestru mam już za sobą, a i tak nie były one zbyt nasilone. Umiarkowane mdłości, wzdęcia, ból piersi, zmęczenie - nic wielkiego. Teraz czuję się coraz lepiej i powolutku zaczyna mi wychodzić brzuszek - na razie jest tylko lekko zaokrąglony, ale z tymi brzuchami to tak jest, że wyskakują potem nie wiadomo kiedy:-)
Cieszę się odpoczynkiem na zwolnieniu (jeszcze tylko czeka mnie w pracy egzamin na nauczyciela kontraktowego) i rozmyślam, co też on (ona?) aktualnie robi, jak się czuje... Czy lubi jak jem słodkie? A może woli słone? Czy wygodniej mu jest jak leżę, czy jak siedzę? A może najbardziej lubi jak się ruszam? Czy słyszy nasze głosy? Czy czuje mruczenie kota, jak położy mi się blisko brzucha? Czy lubi jak biorę ciepły prysznic? Jak smaruję kremem brzuch?... Bardzo mnie to wszystko intryguje, ale niestety odpowiedzi mogę sobie tylko wymyślać, bo nigdy się tego tak naprawdę nie dowiem...
Tak więc czeka mnie zupełnie inne lato niż zwykle - z wypukłym brzuchem i kimś kopiącym mnie od środka :-)
Cieszę się na to.
I mam nadzieję, że cieszycie się ze mną.
"Obcy" na załączonym zdjęciu to sfotografowany wczoraj nasz dzidziuś. Widać duży łepek, tułów i nóżkę, opierającą się o "sufit" (większą część trwającego ponad 20 minut badania spędził w tej pozycji;-)
Ściskam Was ciepło!
piątek, 5 marca 2010
DZIESIĘĆ LAT...
wtorek, 2 marca 2010
Trzymam się jasnej strony...
Siedzę sobie sama w naszym (NASZYM! Ha!:-D) mieszkanku, jest już średnio późny wieczór (dla mnie 19 to wieczór wczesny, 21 średni, bo o 23 zwykle już jestem od ładnych paru minut w łóżku), małżonek jeszcze w pracy...
Zmęczona jestem okrutnie dzisiejszym dniem, wszystko mnie boli. Bo schodzi ze mnie napięcie. A czym ja się tak spięłam? Ano życiem ogólnie. Większość z Was wie, że zmagam się permanentnie z lękiem. Moja wierna towarzyszka, panika, czyni niemal każdy mój dzień pełnym wrażeń, a już szczególnie, gdy w rozkładzie tegoż dnia znajduje się samodzielne gdzieś wyjście (do pracy, do lekarza, do fryzjera... whatever...). I chociaż mam tego wciąż i wciąż dosyć, wciąż i wciąż zakopuję topór wojenny z paniką (Panią K, jak kiedyś ją nazwał mój serdeczny kolega Mareczek:-) i na drżących nogach staram się ciągle iść do przodu...
Przetrząsając dalej worek zmartwień... Większość z Was wie - żadna to tajemnica - że od ładnych paru miesięcy staram się o jakiegoś małego lokatora do mojego brzucha... Jak też większość z Was wie - mało skutecznie. Poszłam więc do mądrego pana doktora, zrobiłam zlecone badanie i cóż - okazuje się, że hormony moje mają mnie gdzieś i robią sobie co chcą, a nie co powinny. Mądry pan doktor czym prędzej zaordynował mi więc końską niemal dawkę leku, który ma szybko zrobić z tym bajzlem porządek. Lek nie jest bynajmniej witaminką C i prócz zbawiennych działań, ma też sporo skutków ubocznych. Mimo, że i tak znoszę jego obecność w organizmie nadzwyczaj dobrze, skłamałabym mówiąc, że czuję się kwitnąco :-p Męczą mnie zawroty głowy, senność, lekkie mdłości po popołudniowej dawce (czemu po porannej nie? ot, zagadka...). I chociaż już mam tego dosyć, obsesyjny strach przed zawrotami głowy staram się zamienić na śmiech. Wszak walczę w słusznej sprawie... I - aż się sama dziwię - dosyć często mi się udaje:-)
Jakby tych nieszczęść było mało, wszystko wskazuje na to, że mam alergię na kota. Czyż to nie ironia? - zaśpiewałaby Alanis Morissette... Wśród rosnącego tłumu alergików, chwaliłam się zawsze, że mnie to nie dotyczy. Nie jestem uczulona na żaden pokarm (chociaż spokojnie mogłabym być - na pomidory, owoce morza, szpinak, jagody, lukrecję... :-p), na środki czystości, trawy i drzewa, aspirynę, na roztocza kurzu, na chlorowaną wodę, nikiel, farby do włosów, lateks... Co więcej - spędziłam ładnych parę lat z kotami, mieszkając u Rodziców. Sporadycznie zdarzało się, że swędziały mnie oczy, po bezpośrednim kontakcie z kocią sierścią. A tu nagle, na nowym mieszkaniu, pojawiają się u mnie niemal codziennie napady kichania, po którym ciecze mi z nosa jak z kranu, wywołujące kaszel smyranie w krtani, no i ciągle mam zaczerwienione spojówki. Wystąpienie objawów pokrywa się mniej-więcej z przyjęciem pod nasz dach współlokatora o wielu imionach, z których najczęściej stosowane to Agrest. No i co na to powiecie?... Bo pani alergolog, z którą już się widziałam, zapisała mnie na testy skórne (niestety dopiero za 3,5 tygodnia) i potwierdziła moje obawy, że owszem - alergia może się rozwinąć w astmę. Astmy boję się panicznie (bardziej niż zawrotów głowy;-) No ale kota nie pozbędę się przecież, nie ma takiej opcji raczej. Więc pewno będę na lekach antyhistaminowych jechać... Do końca życia? Wystrzałowo:-p Ale cóż, jeśli taka jest cena mieszkania z tym puchatym, pierdzącym rozśmieszaczem-przytulaczem... Jakoś przetrzymam chyba;-)
Narzekam, "jojczę", za dużo myślę (mówi moja Mamusia) i uprawiam czarnowidztwo... Ale głęboko pod spodem, pod pokładami lęku i niezadowolenia, uśmiecham się. Do Was:-) Nie wiem, skąd ten uśmiech tam się bierze, ale jest i to najważniejsze. Idzie wiosna, może mi się go uda trochę częściej na wierzch wyciągać:-)
Ściskam Was serdecznie.
"(...) Och życie - kocham cię, kocham cię, kocham cię nad życie...
Choć barwy ściemniasz, choć tej wędrówki mi nie uprzyjemniasz.
Choć się marnie odwzajemniasz..."
Zmęczona jestem okrutnie dzisiejszym dniem, wszystko mnie boli. Bo schodzi ze mnie napięcie. A czym ja się tak spięłam? Ano życiem ogólnie. Większość z Was wie, że zmagam się permanentnie z lękiem. Moja wierna towarzyszka, panika, czyni niemal każdy mój dzień pełnym wrażeń, a już szczególnie, gdy w rozkładzie tegoż dnia znajduje się samodzielne gdzieś wyjście (do pracy, do lekarza, do fryzjera... whatever...). I chociaż mam tego wciąż i wciąż dosyć, wciąż i wciąż zakopuję topór wojenny z paniką (Panią K, jak kiedyś ją nazwał mój serdeczny kolega Mareczek:-) i na drżących nogach staram się ciągle iść do przodu...
Przetrząsając dalej worek zmartwień... Większość z Was wie - żadna to tajemnica - że od ładnych paru miesięcy staram się o jakiegoś małego lokatora do mojego brzucha... Jak też większość z Was wie - mało skutecznie. Poszłam więc do mądrego pana doktora, zrobiłam zlecone badanie i cóż - okazuje się, że hormony moje mają mnie gdzieś i robią sobie co chcą, a nie co powinny. Mądry pan doktor czym prędzej zaordynował mi więc końską niemal dawkę leku, który ma szybko zrobić z tym bajzlem porządek. Lek nie jest bynajmniej witaminką C i prócz zbawiennych działań, ma też sporo skutków ubocznych. Mimo, że i tak znoszę jego obecność w organizmie nadzwyczaj dobrze, skłamałabym mówiąc, że czuję się kwitnąco :-p Męczą mnie zawroty głowy, senność, lekkie mdłości po popołudniowej dawce (czemu po porannej nie? ot, zagadka...). I chociaż już mam tego dosyć, obsesyjny strach przed zawrotami głowy staram się zamienić na śmiech. Wszak walczę w słusznej sprawie... I - aż się sama dziwię - dosyć często mi się udaje:-)
Jakby tych nieszczęść było mało, wszystko wskazuje na to, że mam alergię na kota. Czyż to nie ironia? - zaśpiewałaby Alanis Morissette... Wśród rosnącego tłumu alergików, chwaliłam się zawsze, że mnie to nie dotyczy. Nie jestem uczulona na żaden pokarm (chociaż spokojnie mogłabym być - na pomidory, owoce morza, szpinak, jagody, lukrecję... :-p), na środki czystości, trawy i drzewa, aspirynę, na roztocza kurzu, na chlorowaną wodę, nikiel, farby do włosów, lateks... Co więcej - spędziłam ładnych parę lat z kotami, mieszkając u Rodziców. Sporadycznie zdarzało się, że swędziały mnie oczy, po bezpośrednim kontakcie z kocią sierścią. A tu nagle, na nowym mieszkaniu, pojawiają się u mnie niemal codziennie napady kichania, po którym ciecze mi z nosa jak z kranu, wywołujące kaszel smyranie w krtani, no i ciągle mam zaczerwienione spojówki. Wystąpienie objawów pokrywa się mniej-więcej z przyjęciem pod nasz dach współlokatora o wielu imionach, z których najczęściej stosowane to Agrest. No i co na to powiecie?... Bo pani alergolog, z którą już się widziałam, zapisała mnie na testy skórne (niestety dopiero za 3,5 tygodnia) i potwierdziła moje obawy, że owszem - alergia może się rozwinąć w astmę. Astmy boję się panicznie (bardziej niż zawrotów głowy;-) No ale kota nie pozbędę się przecież, nie ma takiej opcji raczej. Więc pewno będę na lekach antyhistaminowych jechać... Do końca życia? Wystrzałowo:-p Ale cóż, jeśli taka jest cena mieszkania z tym puchatym, pierdzącym rozśmieszaczem-przytulaczem... Jakoś przetrzymam chyba;-)
Narzekam, "jojczę", za dużo myślę (mówi moja Mamusia) i uprawiam czarnowidztwo... Ale głęboko pod spodem, pod pokładami lęku i niezadowolenia, uśmiecham się. Do Was:-) Nie wiem, skąd ten uśmiech tam się bierze, ale jest i to najważniejsze. Idzie wiosna, może mi się go uda trochę częściej na wierzch wyciągać:-)
Ściskam Was serdecznie."(...) Och życie - kocham cię, kocham cię, kocham cię nad życie...
Choć barwy ściemniasz, choć tej wędrówki mi nie uprzyjemniasz.
Choć się marnie odwzajemniasz..."
poniedziałek, 8 lutego 2010
Chwila czasu.
Wreszcie mam chwilę:-)
Mieszkamy już tutaj ponad tydzień, a ja dopiero mam spokojny moment, żeby sobie poukładać w głowie i napisać parę słów...
Duża część naszych rzeczy jest już "przeprowadzona" (wielkie ukłony dla Michała i Asi, bez pomocy których chyba nie dalibyśmy sobie rady), choć część rzeczy jeszcze jest w Sieradzu... Ale pomalutku wszystko do nas w końcu trafi:-)
Co się dało, upchnęliśmy w pozostawionych przez byłego właściciela (nielicznych) meblach. Reszta wciąż jest składowana w pokoju, który w przyszłości będzie naszą sypialnią. Tak więc zapełniają go kartony (puste i pełne), deska do prasowania, śpiwory, namiot (oczywiście w stanie złożonym;-p) , stojąca suszarka na pranie i tego typu duperele.
Większość niezbędnych rzeczy ulokowaliśmy w sypialni tymczasowej, w śmiesznym, dziecięcym regale z biurkiem. Tam też oczywiście śpimy, na niezbyt dużej, ale wygodnej wersalce. Czasem śpi z nami kot, o którym potem:-)
Jest jeszcze salon, dosyć pusty, poza biurkiem z komputerem i fotelami przy niewielkiej ławie. Duży przedpokój, wiecznie zadeptywany śniegowym błotem :-p , malutka toaleta i niebiesko-biała łazienka. No i kuchnia, strasznie archaicznie urządzona, zniszczona niemożebnie, ale jakoś sobie w niej radzimy (wczoraj wyszedł nam smakowity falafel na obiad:-) I kot włazi w niej na zlew i kuchenkę :-p
No właśnie, kot... Krecio. Znaleziony przez internet, imieniem nas zwabił i od razu jak się poznaliśmy, skradł nasze serca:-) Przytulanka - wskakuje bez pardonu na kolana i każe się miziać. Mruczy wtedy jak traktor:-) W kuchni żebrze głośnym miauczeniem o okrawki wędliny, przyłazi do nas w nocy do łózka i śpi na kołdrze, gubi białe kłaki i w ogóle jest cudny:-) Zobaczyć go można na załączonym zdjęciu:-)
No, to tak na szybko wrażenia, idę sobie zaraz falafelka na obiad odgrzać;-)
Mieszkamy już tutaj ponad tydzień, a ja dopiero mam spokojny moment, żeby sobie poukładać w głowie i napisać parę słów...
Duża część naszych rzeczy jest już "przeprowadzona" (wielkie ukłony dla Michała i Asi, bez pomocy których chyba nie dalibyśmy sobie rady), choć część rzeczy jeszcze jest w Sieradzu... Ale pomalutku wszystko do nas w końcu trafi:-)
Co się dało, upchnęliśmy w pozostawionych przez byłego właściciela (nielicznych) meblach. Reszta wciąż jest składowana w pokoju, który w przyszłości będzie naszą sypialnią. Tak więc zapełniają go kartony (puste i pełne), deska do prasowania, śpiwory, namiot (oczywiście w stanie złożonym;-p) , stojąca suszarka na pranie i tego typu duperele.
Większość niezbędnych rzeczy ulokowaliśmy w sypialni tymczasowej, w śmiesznym, dziecięcym regale z biurkiem. Tam też oczywiście śpimy, na niezbyt dużej, ale wygodnej wersalce. Czasem śpi z nami kot, o którym potem:-)
Jest jeszcze salon, dosyć pusty, poza biurkiem z komputerem i fotelami przy niewielkiej ławie. Duży przedpokój, wiecznie zadeptywany śniegowym błotem :-p , malutka toaleta i niebiesko-biała łazienka. No i kuchnia, strasznie archaicznie urządzona, zniszczona niemożebnie, ale jakoś sobie w niej radzimy (wczoraj wyszedł nam smakowity falafel na obiad:-) I kot włazi w niej na zlew i kuchenkę :-p
No właśnie, kot... Krecio. Znaleziony przez internet, imieniem nas zwabił i od razu jak się poznaliśmy, skradł nasze serca:-) Przytulanka - wskakuje bez pardonu na kolana i każe się miziać. Mruczy wtedy jak traktor:-) W kuchni żebrze głośnym miauczeniem o okrawki wędliny, przyłazi do nas w nocy do łózka i śpi na kołdrze, gubi białe kłaki i w ogóle jest cudny:-) Zobaczyć go można na załączonym zdjęciu:-)
No, to tak na szybko wrażenia, idę sobie zaraz falafelka na obiad odgrzać;-)
czwartek, 21 stycznia 2010
Jedną nogą na jednego księdza, drugą na drugiego... ;-)
Co znaczy ten dziwaczny tytuł?
Otóż oznacza on ni mniej ni więcej, tylko "przeprowadzka lada chwila":-) W tej chwili mieszkamy na ulicy nazwanej na cześć jednego z najbardziej znanych polskich księży, a już za 9 dni przeprowadzamy się do NASZEGO WŁASNEGO MIESZKANIA, na ulicę... innego bardzo znanego księdza:-p Myślałby kto, że tacy religijni jesteśmy :-D
Jestem przerażona i podekscytowana jednocześnie.
Nie ma już odwrotu. Kredyt uruchomiony, akt notarialny spisany, umówieni jesteśmy na oddanie mieszkania i przekazanie kluczy na sobotę 30.01. Psychicznie szykuję się do przeprowadzki. Przeprowadzek nie znoszę niemal organicznie, słabo mi się robi na samą myśl. Pociesza mnie świadomość, że to do WŁASNEGO, że to ostatnia przeprowadzka... No, może nie na zawsze, ale na pewno minimum na ładnych parę lat:-)
W mojej głowie też ciągle kolory farb, wymiary szafek, parametry materacy, zasłonki, fotele, plakaty... Jeszcze wiele czasu minie, zanim wprowadzę w życie wszystkie swoje pomysły (nie tylko czasu, ale też dyskusji i kompromisów z drugim pomysłodawcą;-) bo przecież czeka nas trochę remontów, a to - niestety - trwa. Ale samo to planowanie jest tak przyjemne, że nie mogę się powstrzymać i ciągle to robię;-)
No i jeszcze nowy lokator, czyli kot. NARESZCIE, NARESZCIE będziemy mogli wziąć własnego kotka do domu. Zamierzamy adoptować jakiegoś biedaka lub biedaczkę ze schroniska lub domu tymczasowego i mam nadzieję, że zrobimy to niezwłocznie po przeprowadzce...
Tym tylko ostatnio żyję i w sumie nie mam nic innego do napisania:-p Zatem żegnam Was na dziś i do napisania... pewnie już z nowego lokum:-)
Otóż oznacza on ni mniej ni więcej, tylko "przeprowadzka lada chwila":-) W tej chwili mieszkamy na ulicy nazwanej na cześć jednego z najbardziej znanych polskich księży, a już za 9 dni przeprowadzamy się do NASZEGO WŁASNEGO MIESZKANIA, na ulicę... innego bardzo znanego księdza:-p Myślałby kto, że tacy religijni jesteśmy :-D
Jestem przerażona i podekscytowana jednocześnie.
Nie ma już odwrotu. Kredyt uruchomiony, akt notarialny spisany, umówieni jesteśmy na oddanie mieszkania i przekazanie kluczy na sobotę 30.01. Psychicznie szykuję się do przeprowadzki. Przeprowadzek nie znoszę niemal organicznie, słabo mi się robi na samą myśl. Pociesza mnie świadomość, że to do WŁASNEGO, że to ostatnia przeprowadzka... No, może nie na zawsze, ale na pewno minimum na ładnych parę lat:-)

W mojej głowie też ciągle kolory farb, wymiary szafek, parametry materacy, zasłonki, fotele, plakaty... Jeszcze wiele czasu minie, zanim wprowadzę w życie wszystkie swoje pomysły (nie tylko czasu, ale też dyskusji i kompromisów z drugim pomysłodawcą;-) bo przecież czeka nas trochę remontów, a to - niestety - trwa. Ale samo to planowanie jest tak przyjemne, że nie mogę się powstrzymać i ciągle to robię;-)
No i jeszcze nowy lokator, czyli kot. NARESZCIE, NARESZCIE będziemy mogli wziąć własnego kotka do domu. Zamierzamy adoptować jakiegoś biedaka lub biedaczkę ze schroniska lub domu tymczasowego i mam nadzieję, że zrobimy to niezwłocznie po przeprowadzce...
Tym tylko ostatnio żyję i w sumie nie mam nic innego do napisania:-p Zatem żegnam Was na dziś i do napisania... pewnie już z nowego lokum:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
