Kochani.
Jak wiecie, byliśmy na tygodniowym urlopie. Wróciliśmy z niego już przedwczoraj, ale jakoś nie mogłam się zebrać do pisania. Muszę się jednak wreszcie za to wziąć, bo jeszcze trochę i całkiem o tym zapomnę...
Jednym zdaniem: było bardzo fajnie:-)
Wyjechaliśmy sobie z Ufokiem, jego przewygodnym autkiem, koło południa w poniedziałek. Zajechawszy na miejsce, na kemping w Borkach (które nic się nie zmieniły przez 5 lat!), zameldowaliśmy się i zapakowaliśmy swe klamoty do domku. Domek jak to domek - drewniany, duszny, dość prowizorycznie urządzony, z małą lodówką i prowizoryczną łazienką. Przeraziła nas maluśka, elektryczna przepływowa terma, która miała nam grzać wodę zarówno do kranu nad zlewem jak i... prysznica:-o Żeby było śmieszniej, okazało się, że nie działa;-p Konrad poszedł do recepcji i obiecano, że ktoś ją przyjdzie naprawić. Tak się stało, z tym, że okazało się, że naprawienie nic nie dało i trzeba ją wymienić (następnego dnia ta wymieniona się popsuła i znów ją trzeba było wymienić, na szczęście od tej pory działała już dobrze:-) Tego pierwszego popołudnia przeżyłam wielkie rozczarowanie, bo okazało się, że w naleśnikarni, gdzie poszliśmy na obiad, nie ma już bilardu (graliśmy tam namiętnie poprzednim razem). No ale nic to, bilard znalazł się na terenie kempingu:-) Tego wieczoru zwiedzaliśmy sobie okolicę i pograliśmy w badmintona. Muszki prawie nas zeżarły, gdyby nie OFF, pewnie byśmy z tego wyjazdu nie wrócili;-)
We wtorek, jak w końcu udało nam się wstać, pomyć (póki co w zbiorowej łazience dla namiotów, bo przypominam, że w tym momencie mamy jeszcze popsutą termę) i zjeść śniadanie, wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do Tomaszowa (pogoda wyraźnie się skiepściła). Konrad wpadł na pomysł, żeby jechać do jakichś bunkrów, ale po tym, jak wyjechaliśmy parę kilometrów z Tomaszowa i spytaliśmy kogoś o drogę, okazało się, że pojechaliśmy w ogóle w złą stronę. Daliśmy więc sobie spokój i postanowiliśmy zwiedzić to, co dostępne w Tomaszowie. I tak trafiliśmy do skansenu - Muzeum Rzeki Pilicy (czy jakoś tak), gdzie było względnie ciekawie, jak na takie muzeum;-p Stamtąd poszliśmy na spacer po Niebieskich Źródłach, gdzie zrobiliśmy (w zasadzie to Ufo nam robił) trochę fajnych zdjęć z serii "ja latam!;-) Potem, błądząc kilkanaście minut po Tomaszowie, trafiliśmy w końcu do Carrefoura, gdzie zrobiliśmy duże zakupy:-) Jogurty, kabanoski, ciastka, piwo, bułeczki... Wreszcie, gdy już dochodziła 16-ta, zawlekliśmy się do pizzerii DaGrasso, gdzie wszamaliśmy półtorej dużej pizzy, pozostałą połówkę uwożąc w pudełku na kolację. Wieczór spędziliśmy grając na ganku w tzw. UNO (podobne trochę do makao, bardzo się wzbraniałam na początek, ale potem straszliwie się wciągnęłam;-)
Środa to znów nieciekawa pogoda. Konradowi nie przeszkodziła się ona kąpać każdego dnia w jeziorze, ale ja osobiście trzęsłam się na kocu. Po południu, po pysznej rybce smażalnianej, namówiłam chłopaków na długi spacer na tamę, więc tym razem nie musiałam się trząść na kocu. Znów zrobiliśmy trochę fajnych zdjęć:-) Wieczór znów spędziliśmy rżnąc w UNO;-) W międzyczasie okazało się, że nasz domek nawiedzili jacyś głodni goście i wyjedli Ufokowi kawał bułki. Z zaschniętych bobków na desce do krojenia (BLEH!) wywnioskowaliśmy, że była to myszka (myszki?). Deski odważyłam się użyć dopiero po dwukrotnym jej sparzeniu, w Łodzi;-0 Konrad w ogóle się nie przejął i zjadł z apetytem pomidora przekrojonego na desce ZANIM zauważyliśmy bobki:-/
W czwartek pogoda znacznie się poprawiła, zdecydowaliśmy się więc na posiedzenie na plaży. Odważyłam się nawet wejść do jeziora;-) Pograliśmy też w bilard i zjedliśmy znów przepyszny obiad w smażalni (wzięłam pstrąga - palce lizać!).
W piątek rano spakowaliśmy się i zdecydowaliśmy się jeszcze odwiedzić plażę, bo było nadal ciepło i słonecznie. Przekąpawszy się i nagrzawszy się na słońcu, zapakowaliśmy klamoty do samochodu i poszliśmy jeszcze na przedwyjazdowy obiad. Konrad na kebab, Ufo znów na rybkę, ja na frytki. Potem zapakowaliśmy do samochodu i siebie, i Ufo powiózł nas do oddalonego o 12 kilometrów (tak powiedziała nam "Marzena" czyli GPS pożyczony od Piotrka vel Killera) hotelu Magellan, w którym Konrad wygrał weekendowy pobyt. Trochę byłam przerażona, gdy Ufo odjeżdżał, bo hotel w rzeczy samej, jak ostrzegał nas Michał, jest w samym środku niczego. Dookoła tylko las i dość nieciekawe perspektywy jeśli chodzi o wydostanie się stamtąd... No ale postanowiliśmy cieszyć się sobą i tym luksusowym, praktycznie darmowym weekendem. Cichy pokój (otwierany na kartę magnetyczną, jak na filmach, ha!), z oknem na las, czysto, elegancko, tylko lodówki i czajnika brak... No ale mówi się trudno. Rozpakowawszy się nieco, zeszliśmy na dół, skorzystać po raz pierwszy z kompleksu basenowego. Tu znowu Europa, elektroniczne opaski na nadgarstek, przypominające silikonowy zegarek, umożliwiały wejście do blokowanej elektronicznie szatni, a także otwarcie szafki (trochę się namęczyłam, zanim się zorientowałam, jak się to robi; cóż, taka ze mnie nieobyta prostaczka;-) Basen zadbany, czyściutki, choć niewielki, ale dla mnie to nie problem, wszak i tak nie pływam. Jacuzzi CUDNE (chciałabym coś takiego w domu;-) , sucha sauna trochę mniej cudna, weszłam do niej tylko eksperymentalnie. Myślę, że gdybym jakimś sposobem zdołała wytrzymać przepisowe 12 minut, czułabym się jak kurczak z rożna. Potem odkryłam, że parowa łaźnia jest nieco przyjemniejsza (co nie znaczy, że przyjemna!) i łatwiej w niej oddychać;-p Wypluskani, odświeżyliśmy się i podążyliśmy na późną obiadokolację, która rozłożyła nas na łopatki. Może hotel jest 3-gwiazdkowy, ale moje podniebienie hotelowej restauracji przyznałoby gwiazdek pięć;-) Sałatka cesarska (sałata, grillowany kurczak z grzaneczkami i parmezanem, skropione octem balsamicznym niebywałej jakości) z czosnkowym pieczywkiem sprawiła, że przeżyłam smakowy orgazm. Wspaniały posiłek przy świecy, podany przez przesympatyczną kelnerkę i umilony obserwowaniem wyczynów małego, słodkiego Karola przy sąsiednim stoliku, zwieńczył sernik z czekoladą i boska pomarańczowa herbata:-D Konrad oczywiście wziął zupełnie co innego, ale pamiętam z tego tylko szarlotkę na ciepło z lodami i bita śmietaną;-) Też był zachwycony. Sobota to relaksujący, długi prysznic w eleganckiej łazience, podczas gdy Konrad pływał z samego rana. Potem BOSKIE śniadanie (szwedzki stół, porażający wyborem - maleńkie bułeczki, croissanty, jajka, ser biały, żółty, półmisek wędlin, jajecznica, parówki na ciepło, jogurty, miód, dżemy, nutella w malutkich pojemniczkach, mleko, różne rodzaje chrupek, owoce, sałatki, soki, różne herbaty do wyboru... OBŁĘD!:-o) Dalej - spacer po lesie. Wycieczka wypożyczonymi rowerami, dzięki której dowiedzieliśmy się, że aby się wydostać nie będziemy musieli iść z walizką do przystanku 12 kilometrów, a zaledwie dwa;-) i na której zaliczyłam glebę, nie mogąc opanować dziwnego roweru ze straszliwie zwrotną kierownicą i hamulcami wyłącznie ręcznymi (w zasadzie dobrze, że skończyło się na otarciu dłoni i kolana:-) Potem znów basen i jacuzzi (w którym Konrad zanurkował i dzień później dostał zapalenia ucha, ale o tym zaraz). Przepyszna kolacja (w moim przypadku bardzo podobna do piątkowej, gdyż nie mogłam się oprzeć sałatce cesarskiej, a z deserów tak naprawdę tylko sernik mi przypasował, gdyż szarlotka lub lody z owocami, to nie są moje ulubione słodycze). Na dobranoc "Bodyguard" w dużym telewizorze;-) Nazajutrz przepyszne śniadanko, pakowanie i ostatnie korzystanie z basenu. Tym razem głównie jacuzzi, bo Konrad nie chciał już moczyć głowy z zaczynającym się bólem ucha. O 11-tej wymeldowaliśmy się (dopłacając zawrotną kwotę 36zł za rowery i nieznaczne przekroczenie przewidzianego w naszym zaproszeniu 45zł na głowę za kolację). Z walizą potoczyliśmy się szosą 2 km do przystanku PKS, przenosząc się tym samym w zupełnie inną, mniej luksusową rzeczywistość. Po przesiadce w Piotrkowie na pociąg, ok.14-tej wylądowaliśmy w końcu w Łodzi, gdzie wzięliśmy już z dworca taksówkę do domu. Nie wiedzieliśmy, że to nie będzie nasza jedyna podróż taksówką tego dnia. Po obiedzie Konrada ucho rozbolało na dobre, a kiedy grubo po 21-wszej okazało się, że sączy się z niego krew, zaczerpnąwszy informacji na normalnym pogotowiu, wezwaliśmy kolejną tego dnia taksówkę i udaliśmy się na pogotowie na Sienkiewicza, gdzie mają laryngologa. Skończyło się na strachu, nic się tam złego nie dzieje i chłop mój, choć wciąż walczy z temperaturą, pomalutku dochodzi do siebie. Życzcie mu wszyscy zdrowia:-)
I mnie też, bo siedzę już przy kompie, zgarbiona, od godziny (w sumie dziś to więcej, ale na pisaniu posta zeszła mi godzina ponad) i zaczynam czuć to w krzyżu.
Zatem uciekam, zapraszając jeszcze na do widzenia na moją Picasę, gdzie możecie obejrzeć całkiem sporo zdjęć z wyjazdu: http://picasaweb.google.pl/kretka83/Wakacje09#
BUZIAKI!
wtorek, 11 sierpnia 2009
czwartek, 30 lipca 2009
Rowerek:-)
Witojta, witojta, jak zawsze mówi na nasz widok kolega Killer:-)
Dawno mnie nie było, ale nie zamierzam się w żadnym razie tłumaczyć;-p Mam swoje powody, dla których nie miałam czasu lub ochoty nic napisać, a są to powody natury osobistej i spuszczę na nie zasłonę milczenia...
No, ale teraz akurat mam czas i ochotę, a nawet trochę treści w głowie;-) Więc podzielę się z Wami pokrótce, co też u mnie słychać.
A najważniejszą sprawą, którą u mnie słychać (albo raczej widać w piwnicy;-) jest... ROWEREK:-D Planowany i obiecywany od dawna, wreszcie się zmaterializował, w postaci używanej, śliwkowej damki, o olbrzymich kołach 28 cali:-) Małżonek był tak miły i poświęcił ostatnio niedzielne przedpołudnie, aby wybrać i przywieźć mi ten rowerek aż z giełdy samochodowej na Widzewie. Ukłon też w stronę teściów, którzy w zasadzie sfinansowali rzeczony zakup:-) Rower wydaje się przy mnie olbrzymi, czuję się na nim taka wysoka;-) Ale dosięgam do pedałów, więc wszystko w porządku;-) I tak od trzech dni praktycznie wszędzie dostajemy się rowerami, ku wielkiej uciesze Konrada i rozpaczy moich ud:-p Faktem jest, że chodzi dość ciężko, więc dosłownie czuję, jak moje nieprzyzwyczajone mięśnie nóg pracują i wytwarzają kwas
mlekowy. Mam nadzieję, że nie urosną zanadto;-) Nie bardzo mi się widzą moje nogi rozbudowane jak u Lance'a Armstronga;-p
Mojego śliwkowego "rumaka" możecie zobaczyć na załączonym zdjęciu, z wycieczki na lotnisko Lublinek, kiedy to pojechaliśmy obejrzeć lądowanie z Londynu, ale się nie doczekaliśmy, bo wyszło na jaw, że Kasia nie potrafi czytać rozkładu lotów w internecie;-) No ale wycieczka zaliczona i widzieliśmy dla odmiany jakieś szkolenia ratowników czy kogoś podobnego, helikopter latał w tę i z powrotem, z uczepionymi na linie ludźmi, którzy (chyba) transportowali kukły:-p Konrad się bardzo zafascynował tym;-)
Poza tym w ostatnich dniach zaliczyliśmy bilard z Miśkami w pubie Dwie Dłonie oraz sentymentalny wieczór przy herbacie i lodach z Killerami, w ich mieszkaniu, gdzie kiedyś mieliśmy przyjemność mieszkać, a które niebawem zostanie sprzedane... Oba spotkania bardzo udane, pomijając fakt, że jakoś zapomniałam chyba, jak się w bilard gra:-/ Może w Borkach poćwiczę, bo tam się wybieramy w przyszłym tygodniu na parę dni, a z tego co pamiętam, jest bilard... w naleśnikarni:-)
Uff, to chyba tyle. Następny wpis pewnie będzie o naszym małym wyjeździe, więc czekajcie cierpliwie:-)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie!
Dawno mnie nie było, ale nie zamierzam się w żadnym razie tłumaczyć;-p Mam swoje powody, dla których nie miałam czasu lub ochoty nic napisać, a są to powody natury osobistej i spuszczę na nie zasłonę milczenia...
No, ale teraz akurat mam czas i ochotę, a nawet trochę treści w głowie;-) Więc podzielę się z Wami pokrótce, co też u mnie słychać.
A najważniejszą sprawą, którą u mnie słychać (albo raczej widać w piwnicy;-) jest... ROWEREK:-D Planowany i obiecywany od dawna, wreszcie się zmaterializował, w postaci używanej, śliwkowej damki, o olbrzymich kołach 28 cali:-) Małżonek był tak miły i poświęcił ostatnio niedzielne przedpołudnie, aby wybrać i przywieźć mi ten rowerek aż z giełdy samochodowej na Widzewie. Ukłon też w stronę teściów, którzy w zasadzie sfinansowali rzeczony zakup:-) Rower wydaje się przy mnie olbrzymi, czuję się na nim taka wysoka;-) Ale dosięgam do pedałów, więc wszystko w porządku;-) I tak od trzech dni praktycznie wszędzie dostajemy się rowerami, ku wielkiej uciesze Konrada i rozpaczy moich ud:-p Faktem jest, że chodzi dość ciężko, więc dosłownie czuję, jak moje nieprzyzwyczajone mięśnie nóg pracują i wytwarzają kwas
Mojego śliwkowego "rumaka" możecie zobaczyć na załączonym zdjęciu, z wycieczki na lotnisko Lublinek, kiedy to pojechaliśmy obejrzeć lądowanie z Londynu, ale się nie doczekaliśmy, bo wyszło na jaw, że Kasia nie potrafi czytać rozkładu lotów w internecie;-) No ale wycieczka zaliczona i widzieliśmy dla odmiany jakieś szkolenia ratowników czy kogoś podobnego, helikopter latał w tę i z powrotem, z uczepionymi na linie ludźmi, którzy (chyba) transportowali kukły:-p Konrad się bardzo zafascynował tym;-)
Poza tym w ostatnich dniach zaliczyliśmy bilard z Miśkami w pubie Dwie Dłonie oraz sentymentalny wieczór przy herbacie i lodach z Killerami, w ich mieszkaniu, gdzie kiedyś mieliśmy przyjemność mieszkać, a które niebawem zostanie sprzedane... Oba spotkania bardzo udane, pomijając fakt, że jakoś zapomniałam chyba, jak się w bilard gra:-/ Może w Borkach poćwiczę, bo tam się wybieramy w przyszłym tygodniu na parę dni, a z tego co pamiętam, jest bilard... w naleśnikarni:-)
Uff, to chyba tyle. Następny wpis pewnie będzie o naszym małym wyjeździe, więc czekajcie cierpliwie:-)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie!
środa, 1 lipca 2009
Już za chwileczkę, już za momencik...
... URLOP :-D
Dziś odbębniłam radę pedagogiczną, na której moja obecność jest w sumie czystą formalnością. Wypociłam się, mało nie przykleiłam się do krzesał w dusznej sali (upał niemiłosierny od wczoraj!), choć to tylko dwie godziny...
Jutro ostatni dzień, dzieciaków oczywiście już nie ma (HURRRA!). Muszę posprzątać trochę w gabinecie, jakoś się przemęczyć te ostatnie 5 godzin (może się wcześniej urwę;-) i... WAKACJE:-D Prawie jak prawdziwe wakacje w szkole, bo aż 7 tygodni:-)
Nie wierzę, że przepracowałam tu już cały rok szkolny :-o Kiedy to zleciało?? :-o Według aktualnych moich danych, wszystko wskazuje na to, że we wrześniu tam powrócę (mam już kolejną umowę). Nie wiem, czy to dobrze... Czas pokaże, jak będzie.
Nie wiem jeszcze, co z urlopem zrobimy. Pewnie będziemy chodzić na spacery, jeździć do Sieradza, może wyskoczymy gdzieś dalej na parę dni... Na pewno jakiś weekend spędzimy w hotelu spa Magellan pod Piotrkowem:-) Małżonek mój wygrał bowiem zaproszenie dla dwóch osób na takowy weekend, na szkoleniu z Eurodialogu:-) Milutko:-D Muszę tylko kostium kąpielowy nabyć, bo - wierzcie lub nie - nie posiadam nic co można by na basen przywdziać:-p Taka ze mnie baba, że nawet kostiumu nie mam:-p A propos, zamówiłam wreszcie, po długich wahaniach, moje buciki - Martensy 1920, czarne, na 7 dziurek:-D Nie mogę się doczekać, jak przyjdą...
I tak nam jakoś leniwie mija czas, a będzie jeszcze leniwiej, jak już wakacje mi się zaczną naprawdę:-) Oby tylko pogoda dopisała.
Czego i Wam życzę:-)
Dziś odbębniłam radę pedagogiczną, na której moja obecność jest w sumie czystą formalnością. Wypociłam się, mało nie przykleiłam się do krzesał w dusznej sali (upał niemiłosierny od wczoraj!), choć to tylko dwie godziny...
Jutro ostatni dzień, dzieciaków oczywiście już nie ma (HURRRA!). Muszę posprzątać trochę w gabinecie, jakoś się przemęczyć te ostatnie 5 godzin (może się wcześniej urwę;-) i... WAKACJE:-D Prawie jak prawdziwe wakacje w szkole, bo aż 7 tygodni:-)
Nie wierzę, że przepracowałam tu już cały rok szkolny :-o Kiedy to zleciało?? :-o Według aktualnych moich danych, wszystko wskazuje na to, że we wrześniu tam powrócę (mam już kolejną umowę). Nie wiem, czy to dobrze... Czas pokaże, jak będzie.
Nie wiem jeszcze, co z urlopem zrobimy. Pewnie będziemy chodzić na spacery, jeździć do Sieradza, może wyskoczymy gdzieś dalej na parę dni... Na pewno jakiś weekend spędzimy w hotelu spa Magellan pod Piotrkowem:-) Małżonek mój wygrał bowiem zaproszenie dla dwóch osób na takowy weekend, na szkoleniu z Eurodialogu:-) Milutko:-D Muszę tylko kostium kąpielowy nabyć, bo - wierzcie lub nie - nie posiadam nic co można by na basen przywdziać:-p Taka ze mnie baba, że nawet kostiumu nie mam:-p A propos, zamówiłam wreszcie, po długich wahaniach, moje buciki - Martensy 1920, czarne, na 7 dziurek:-D Nie mogę się doczekać, jak przyjdą...
I tak nam jakoś leniwie mija czas, a będzie jeszcze leniwiej, jak już wakacje mi się zaczną naprawdę:-) Oby tylko pogoda dopisała.
Czego i Wam życzę:-)
niedziela, 7 czerwca 2009
I po urodzinkach:-p
Chyba się nie wyspałam;-)
A to znaczy, że zabawa była udana (znaczy to też, że nie potrafię spać długo, niezależnie od tego, o której się położę;-)
Dzień zaczął się od szalonej bieganiny, bo brakowało nam paru rzeczy. Najpierw odwiedziliśmy Tesco. Zakupki odstawiliśmy do domu i poszliśmy dalej w osiedle, na rynek... Wróciliśmy z wielką siatą, ale brakowało nam jeszcze... sama już nie pamiętam czego:-p Więc poszliśmy jeszcze raz do Tesco. Jak już wróciliśmy, okazało się, że potrzeba jeszcze papieru do pieczenia, papieru toaletowego i czegoś tam jeszcze, więc Konrad przejechał się rowerem. Jak wrócił, okazało się, że zapomniał papieru toaletowego ;-p No to poszedł jeszcze raz po papier, przy okazji dokupując krakersy;-) No, to wreszcie było wszystko;-) W międzyczasie, z doskoku, zdążyliśmy zrobić kompot (Konrad), ciastka short-bread (Konrad) i tzatziki (ja:-) Ledwo zdążyłam się przebrać, wpadli Mateusz z Agatą. Podczas gdy ja "się robiłam" w łazience, chłopaki z Agatą wzięli się za ziemniaczki i twarożki. Gdy, cała w turkusach, wychynęłam z łazienki, wszystko już było prawie gotowe. Oddaliśmy się więc przyjemnym dyskusjom (głównie o filmach) i oczekiwaniu na resztę gości. Jakiś czas potem pukanie do drzwi obwieściło nam przybycie Państwa Killerów z Panem Ufokiem;-) Po wręczaniu prezentów (DZIĘKUJĘ!:-), po grzecznościach i fałszywym odśpiewaniu przez gości "Sto lat" (DZIĘKUJĘ!:-) mogliśmy wreszcie zasiąść do stolika. Ciasno było, ale wcale nie mniej pysznie przez to. Chipsy z dodatkiem tzatzików (pochwalę się, że mi się udały;-) , pieczone ziemniaczki z twarożkami (ukłony dla Agaty!), krakersy. Do tego piwko z sokiem lub bez, ewentualnie sok lub kompot dla niepijących:-) Jak już obżarliśmy się ziemniaków, wjechał tort pichinger, skomponowany przez Konrada wraz ze świeczkami w fikuśną konstrukcję.
Zdmuchnęłam wszystkie jednym dmuchem, więc życzenie chyba się spełni:-) Do tortu dołączyły ciastka, truskawki i kawka dla chętnych. Powiem tylko tyle: MNIAM, MNIAM:-D
Jak już prawie nie mogliśmy się ruszać z tego objedzenia, przenieśliśmy się na dywan, aby zagrać w moją nową, wymarzoną grę (dostałam ją, nawiasem mówiąc, w dwóch egzemplarzach, więc można zrobić DUUUŻĄ talię) "Prawo Dżungli". Na tym upłynęła nam już większa część wieczoru, bo wszyscy strasznie się wciągnęli (i nie dziwota, gra jest świetna!). W pewnym momencie z rytmu wytrąciło nas dziwne zjawisko. Ni stąd ni zowąd coś błysnęło, jakby ktoś nam zdjęcie robił zza okna, a po paru sekundach gdzieś
niedaleko pierdzielnął piorun. Odłączyliśmy szybko sprzęt od prądu, a tu okazało się, że... już po burzy:-o No ludzie, dajcie spokój, co to w ogóle było?:-p Pograliśmy jeszcze potem w Jengę, pogadaliśmy, aż zrobiła się pierwsza i wszyscy nagle poczuli się zmęczeni. Nasz drogi Ufo zabrał więc wszystkich gości do swojego nowego autka i ujechali nasi goście, w deszczową noc...
Teraz Konrad powoli się budzi, w kuchni i pokoju czeka sterta rzeczy do zmywania, a dywan-na poodkurzanie:-p
Dlatego kończę powoli tę chaotyczną (aczkolwiek, mam nadzieję, że zrozumiałą) relację i zmykam, doprowadzić do ładu zarówno siebie, jak i chałupkę:-)
BUZIAKI!
Dodaję trzy zdjęcia, więcej będzie kiedyś, na Mateuszka Picasie:-)
A to znaczy, że zabawa była udana (znaczy to też, że nie potrafię spać długo, niezależnie od tego, o której się położę;-)
Dzień zaczął się od szalonej bieganiny, bo brakowało nam paru rzeczy. Najpierw odwiedziliśmy Tesco. Zakupki odstawiliśmy do domu i poszliśmy dalej w osiedle, na rynek... Wróciliśmy z wielką siatą, ale brakowało nam jeszcze... sama już nie pamiętam czego:-p Więc poszliśmy jeszcze raz do Tesco. Jak już wróciliśmy, okazało się, że potrzeba jeszcze papieru do pieczenia, papieru toaletowego i czegoś tam jeszcze, więc Konrad przejechał się rowerem. Jak wrócił, okazało się, że zapomniał papieru toaletowego ;-p No to poszedł jeszcze raz po papier, przy okazji dokupując krakersy;-) No, to wreszcie było wszystko;-) W międzyczasie, z doskoku, zdążyliśmy zrobić kompot (Konrad), ciastka short-bread (Konrad) i tzatziki (ja:-) Ledwo zdążyłam się przebrać, wpadli Mateusz z Agatą. Podczas gdy ja "się robiłam" w łazience, chłopaki z Agatą wzięli się za ziemniaczki i twarożki. Gdy, cała w turkusach, wychynęłam z łazienki, wszystko już było prawie gotowe. Oddaliśmy się więc przyjemnym dyskusjom (głównie o filmach) i oczekiwaniu na resztę gości. Jakiś czas potem pukanie do drzwi obwieściło nam przybycie Państwa Killerów z Panem Ufokiem;-) Po wręczaniu prezentów (DZIĘKUJĘ!:-), po grzecznościach i fałszywym odśpiewaniu przez gości "Sto lat" (DZIĘKUJĘ!:-) mogliśmy wreszcie zasiąść do stolika. Ciasno było, ale wcale nie mniej pysznie przez to. Chipsy z dodatkiem tzatzików (pochwalę się, że mi się udały;-) , pieczone ziemniaczki z twarożkami (ukłony dla Agaty!), krakersy. Do tego piwko z sokiem lub bez, ewentualnie sok lub kompot dla niepijących:-) Jak już obżarliśmy się ziemniaków, wjechał tort pichinger, skomponowany przez Konrada wraz ze świeczkami w fikuśną konstrukcję.
Zdmuchnęłam wszystkie jednym dmuchem, więc życzenie chyba się spełni:-) Do tortu dołączyły ciastka, truskawki i kawka dla chętnych. Powiem tylko tyle: MNIAM, MNIAM:-DJak już prawie nie mogliśmy się ruszać z tego objedzenia, przenieśliśmy się na dywan, aby zagrać w moją nową, wymarzoną grę (dostałam ją, nawiasem mówiąc, w dwóch egzemplarzach, więc można zrobić DUUUŻĄ talię) "Prawo Dżungli". Na tym upłynęła nam już większa część wieczoru, bo wszyscy strasznie się wciągnęli (i nie dziwota, gra jest świetna!). W pewnym momencie z rytmu wytrąciło nas dziwne zjawisko. Ni stąd ni zowąd coś błysnęło, jakby ktoś nam zdjęcie robił zza okna, a po paru sekundach gdzieś
niedaleko pierdzielnął piorun. Odłączyliśmy szybko sprzęt od prądu, a tu okazało się, że... już po burzy:-o No ludzie, dajcie spokój, co to w ogóle było?:-p Pograliśmy jeszcze potem w Jengę, pogadaliśmy, aż zrobiła się pierwsza i wszyscy nagle poczuli się zmęczeni. Nasz drogi Ufo zabrał więc wszystkich gości do swojego nowego autka i ujechali nasi goście, w deszczową noc...
Teraz Konrad powoli się budzi, w kuchni i pokoju czeka sterta rzeczy do zmywania, a dywan-na poodkurzanie:-p
Dlatego kończę powoli tę chaotyczną (aczkolwiek, mam nadzieję, że zrozumiałą) relację i zmykam, doprowadzić do ładu zarówno siebie, jak i chałupkę:-)
BUZIAKI!
Dodaję trzy zdjęcia, więcej będzie kiedyś, na Mateuszka Picasie:-)
piątek, 5 czerwca 2009
Przygotowania urodzinowe:-)

Piszę krótko, żeby dać znać, że żyję ;-)
Szykuję się do jutrzejszych moich urodzinek (nie napiszę, których; kto wie, ten wie:-p)
Wysprzątałam już przedwczoraj kuchnię. Dziś łazienkę. Część zakupów już zrobiona, zaraz się biorę za pyszny torcik "pichinger" ;-) Pracę umila mi audiobook "Mistrz i Małgorzata" - bardzo przyjemnie się słucha, tak mimochodem (oczywiście jak się już czytało... W przeciwnym razie, słuchając mimochodem, nic bym nie zrozumiała:-p)
Jutro będą goście, pyszne jedzonko i dobra zabawa.
Na pewno zdam relację.
Tymczasem życzę Wam miłego wieczoru:-*
poniedziałek, 4 maja 2009
Majowy weekend:-)
Weekend nazywam majowym, nie długim, jak to się zwykło od kilku lat robić. Cóż, niewiele był dłuższy od każdego zwykłego weekendu. Nie przeszkodziło mu to jednak być absolutnie perfekcyjnym, takim, jak sobie wymarzyłam:-) Już kilka tygodni wcześniej wpadłam na pomysł, żeby spędzić go w Sieradzu "na cześć" mojego pierwszego w ogóle weekendu, który tam spędziłam, poznając rodziców i znajomych Konrada. Dziewięć lat temu!
Przybyliśmy w piątek około południa. Pogoda od początku boska, za oknami pociągu zielono, żółto, pachnąco... Po smakowitym obiedzie, który zrobił Konrad (szparagi z szynką pod beszamelem:-) umówiliśmy się z Łukaszem vel Ufokiem na lody w mojej ulubionej kawiarni Mamma Mia. Tym razem wybrałam smaki ananasowy i limonkowy (MNIAM!) Po zjedzeniu tych pyszności Ufo zaproponował wyprawę bobem (czyli wysłużonym maluchem) przed siebie;-) Poniosło nas na Rudę, czyli tzw. żwirownię. Tam na jakiś czas porzuciliśmy boba i spędziliśmy dwie lub trzy godziny spacerując po lesie, zbiegając z hałd piachu i gadając, gadając... Wróciliśmy... mocno przykurzeni;-) Sympatyczny dzień zwieńczyła herbatka w domu Mamy Ufokowej, którą przy okazji serdecznie pozdrawiam:-)
Kolejny dzień rozpoczął się sympatycznym spacerem, z którego wróciliśmy na boski obiad w wykonaniu mamy Bożenki: RUSKIE PIEROGI:-D Jak już nam się pierożki trochę uleżały, zapakowaliśmy nabytą uprzednio kiełbachę, piwo, napój dla mnie i chlebek, i powędrowaliśmy na pierwszego w tym roku grilla, na którego zaprosił nas oczywiście Michał:-) Przyrzekam, nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak wspaniale! Tak swobodnie, tak beztrosko... Wiem, że to brzmi, jakbym była już na emeryturze, ale poczułam się, jakbym znowu miała 20 lat;-) Huśtaliśmy się na ogrodowej huśtawce. Nagraliśmy się w kometkę, aż mnie każdy mięsień do dzisiaj boli:-p Napiekliśmy pysznej kiełbachy, nagadaliśmy się, najedliśmy... Kiedy zrobiło się już mocno chłodno, ruszyliśmy nasze tyłki z tarasu i przenieśliśmy się do mieszkania, gdzie Misiek zaproponował zabawną grę na refleks i spostrzegawczość "Prawo dżungli". Chodzi tu o to, że osoby siedzące w kręgu wykładają po kolei ze swojej kupki po jednej karcie z jakimś symbolem. Symbole powtarzają się, każdy chyba w dwóch czy czterech egzemplarzach. Jednak poszczególne symbole różnią się między sobą szczegółami, które trudno dostrzec na pierwszy rzut oka. I tu zaczyna się zabawa, bowiem gra polega na tym, aby złapać "berło" stojące pośrodku, kiedy zauważy się u kogoś identyczny symbol, jak wyłożony przez siebie. Kto nie zdąży, zabiera swoje i przeciwnika wyłożone karty. Oczywiście wygrywa osoba, która najszybciej pozbędzie się swoich kart. Śmiechu jest co nie miara, gra posuwa się naprzód bardzo dynamicznie i trzeba wciąż zachowywać czujność. Jednak co i rusz przytrafiają się pomyłki ("O Jezu! Te kółka są splecione jednak w inny sposób!":-) REWELACJA. Tak to miło upłynął nam wieczór sobotni.
A wczoraj poszliśmy też na długi spacer, zahaczając na pół godzinki o dziadków. Obeszliśmy kawałek Sieradza, a wszędzie zieleń, kwitnące kasztany, magnolie, mlecze, bzy... ACH! Uwielbiam maj! Zdjęcia z rzeczonego spacerku na mojej Picasie (zakładka "Moje zdjęcia"), zapraszam:-)
Idealny weekend zakończył się sympatyczną podróżą, gdyż zabrały nas wracające do Łodzi autkiem Killery (również pozdrawiam;-)
Naładowałam się pozytywną energią. Chociaż wszystko mnie boli po grze w kometkę (ech, gdzie moja kondycja?...), to czuję się świetnie. Czego i Wam życzę;-)
Do napisania!
piątek, 1 maja 2009
BALLADA MAJOWA:-) Tak mnie jakoś naszło:-)
Brnąłem do ciebie, maju, przez mrozy i biele,
przez śnieżyce i zaspy i lute zawieje.
Przez bezbarwne szpitalne korytarze stycznia,
w tych korytarzach słońce gasło ustawicznie.
A teraz maj, dookoła maj
wyświęca ogrody
i cały ja, i cały ja
zanurzony w Jordanie pogody.
A teraz maj i maj i maj
dokoła się święci,
od wonnych bzów, szalonych bzów
wprost w głowie się kręci.
:-)
przez śnieżyce i zaspy i lute zawieje.
Przez bezbarwne szpitalne korytarze stycznia,
w tych korytarzach słońce gasło ustawicznie.
A teraz maj, dookoła maj
wyświęca ogrody
i cały ja, i cały ja
zanurzony w Jordanie pogody.
A teraz maj i maj i maj
dokoła się święci,
od wonnych bzów, szalonych bzów
wprost w głowie się kręci.
:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)