Od ostatniego posta minął prawie miesiąc.
Pewnie wierni fani już się nie mogą doczekać na kolejny odcinek paproszej opowieści (ha,ha,ha, to sobie podniosłam samoocenę :-p )
Ale o czym tu pisać, gdy za oknem zasrany listopad?
Nie dzieje się nic.
Dni mijają, szare i jednakowe, i może to dobrze w tym przypadku, że mijają, bo im szybciej się listopad skończy, tym lepiej.
Miesiąc już, od kiedy Tata nie mieszka pod ziemskim adresem.
Wbrew wcześniejszym obawom, nie pogrążam się w rozpaczy. Być może to nigdy nie nastąpi.
Żyję jak żyłam wcześniej. Śmieję się z tego, co wcześniej. Spotykam się czasem z ludźmi. Pracuję. Gotuję. Tylko stroje straciły kolory - są czarne, szare, granatowe. Nie na pokaz, sama czuję, że źle bym się czuła w żółtym szaliku, koralowym swetrze. Ale wróci jeszcze czas kolorów...
Trochę częściej się zamyślam, bywam rozkojarzona, zdarza mi się zapłakać, choć nieczęsto.
Wiem, że Tata jest obok i czuwa. Więc staram się zachowywać tak, żeby Go nie zasmucać. I nie złościć ;-)
Tymek cudny. Mądrala - wszystko pamięta, wszystko wie. Dosięga do klamki. Buduje wysokie wieże z klocków, kocha książeczki, lubi chodzić do żłobka. Jest niekłopotliwym pacjentem (niestety ostatnio często mamy okazję to sprawdzać), grzecznym pasażerem środków komunikacji publicznej, wdzięcznym klientem u fryzjera...
I mówi, mówi, mówi...
"Jedz śniadanie, mamo"
"Nie, kotku, zostaw taty śliny" (rośliny)
"Źłobku tańczyłem i śpiewałem" (w żłobku tańczyłem i śpiewałem)
"Kupić tsieba iwki w Lidlu, słysiś tato?" (trzeba kupić w Lidlu oliwki, słyszysz tato?)
...i tak dalej, i temu podobne.
Można czasem pęknąć ze śmiechu :-)
poniedziałek, 19 listopada 2012
niedziela, 21 października 2012
Na pociechę...
Spotkamy się kiedyś u studni,
wkoło będzie zielono.
Nasze żony będą odświętne,
nawet wódkę wypić pozwolą.
Spotkamy się kiedyś u studni,
takiej zwykłej, z kołowrotem.
Woda w niej będzie chłodna,
w świat uwierzymy z powrotem.
Spotkamy się u studni,
być może, że na drugim świecie.
Bóg przecież jest łaskawy
i pewnie da nam tę pociechę.
Spotkamy się kiedyś u studni
z wiecznie żywą wodą.
Bellona też zaprosimy,
on przecież będzie polewał.
Spotkamy się u studni
i będziemy znów tacy młodzi.
Nasze żony będą piękne,
nam wódka nie będzie szkodzić.
(Stare Dobre Małżeństwo)
wkoło będzie zielono.
Nasze żony będą odświętne,
nawet wódkę wypić pozwolą.
Spotkamy się kiedyś u studni,
takiej zwykłej, z kołowrotem.
Woda w niej będzie chłodna,
w świat uwierzymy z powrotem.
Spotkamy się u studni,
być może, że na drugim świecie.
Bóg przecież jest łaskawy
i pewnie da nam tę pociechę.
Spotkamy się kiedyś u studni
z wiecznie żywą wodą.
Bellona też zaprosimy,
on przecież będzie polewał.
Spotkamy się u studni
i będziemy znów tacy młodzi.
Nasze żony będą piękne,
nam wódka nie będzie szkodzić.
(Stare Dobre Małżeństwo)
czwartek, 11 października 2012
?
Ile człowiek jest w stanie udźwignąć?
Wciąż się przekonuję, że więcej, niż sądził...
Czasem w życiu jest tak, że wszystkie dotychczasowe "nieszczęścia" wydają się dziecinną grą, nieporozumieniem.
Ale i przez to trzeba jakoś przebrnąć.
Co nas nie zabije to nas wzmocni?...
środa, 3 października 2012
Środa matki pracującej.
Aktywne życie wciągnęło mnie niepostrzeżenie w swój wir i zdaje się uciekać jeszcze szybciej, niż wcześniej, dzień za dniem, dzień za dniem. I już znowu środa jest...
Szósta z minutami. Ciemno. Mąż mnie budzi - jest już w przedpokoju, w butach, a Dzieć w łóżeczku gada do siebie i wzywa rodziców. Wstaję, przynoszę Dziecia do naszego łóżka, zawijamy się w kołdrę i próbuję go przekonać, żeby jeszcze pospał, na mleko za wcześnie. Sama też usiłuję zasnąć, ale nic z tego - Dzieć gada, wierci się, skubie mnie po uszach, włazi na mnie, złazi, żąda mleka... Jakoś dobijamy do 6,50. Dłużej nie da się dziecku wmawiać, że jeszcze jest noc, bo się jasno robi. Wstajemy, robimy mleko, sypiemy "ciaki" (chrupki) do miseczki. Tymek wypija cały kubek duszkiem i oznajmia "piłem" (wypiłem). Bierze miseczkę z chrupkami i wędruje do salonu na "baję" - stały rytuał, bez niego dzień się nie liczy. Włączam Kreciki, idę się umyć. Przy okazji wstawiam pranie. Po 10 minutach, już ubrana, czekam, aż Krecik dokończy przygodę z nauką gry na flecie. Idziemy się przewinąć i ubrać. Pielucha po nocy pęka w szwach. Zimno jest, więc zakładamy grube spodnie dresowe, koszulkę z długim rękawem. Jeszcze bluza, buty, czapka, kurtka. Pod pachę wyprawka na październik (pieluchy, chusteczki, ręcznik papierowy) i w drogę - wędrujemy do żłobka. Pożegnanie przebiega sprawnie, dziecko może nie zachwycone, ale bez wielkich protestów wchodzi do sali żłobkowej. Wracając do domu kupuję pieczywo. Wstawiam wodę na herbatę, w międzyczasie przygotowuję ciasto na naleśniki, musi przecież pół godziny "odstać". Robię sobie śniadanie. Zjadam. Biorę się za naleśniki, smażąc oglądam jednym okiem w internecie "Prawo Agaty" - a co, trzeba coś mieć z życia ;-)
Naleśniki usmażone, sprzątam w kuchni. Planuję zakupy i wysyłam listę do męża. Włączam zmywarkę. Wieszam pranie, które już się skończyło. Wstawiam następne. Prasuję sobie ciuchy na dzisiaj do pracy. Ścielę łóżko, wietrzę mieszkanie. Ścieram szczyny kota z naszego pufa-wora do siedzenia. Wieszam drugie pranie, które się skończyło.
Wstawiam sobie wodę na herbatę, zjadam małą porcję mleka z chrupkami.
Nie ma jeszcze 11, dobra nasza ;-)
Przede mną odkurzanie, nakarmienie kota, malowanie paznokci, mycie głowy, dokończenie naleśników.
Może mi się uda zdrzemnąć kwadrans. A może nie, diabli wiedzą.
O 14 wychodzę do pracy.
Tam czeka na mnie diagnoza testem Wechslera i urocza dziewczynka z fobią szkolną.
Będę w domu o 20-tej. Jeśli będzie brzydka pogoda, to może kolega z pracy podwiezie mnie samochodem. Jak nie - czeka mnie 40-minutowa podróż autobusami, z przesiadką na mało zachęcającym Placu Barlickiego. Jak przyjadę, dziecko będzie pewnie już spać. Sądzę, że i ja będę mieć siłę tylko zjeść kolację i wziąć prysznic, potem padnę do łóżka...
Dobrze, że środa jest tylko raz w tygodniu ;-)
czwartek, 30 sierpnia 2012
Ojejuśku! :-o
Będę pracować na cały etat.
Wczoraj telefon od p. Dyrektor Poradni... "Pani Kasiu, sprawa jest poważna..."
Już mi gula stanęła, że nici z mojego zatrudnienia, oczami wyobraźni widzę gonitwę z wywalonym ozorem za jakimś pracodawcą made by oświata, który mnie z ulicy przygarnie dnia 30 sierpnia :-p
Jednak ciąg dalszy wypowiedzi sprawił, że gula na chwilę się zmniejszyła, a potem urosła dwukrotnie...
"Góra życzy sobie, że jeśli ma pani u nas pracować na zastępstwo, to ma to być cały etat. Decyduje się pani? Odpowiedź potrzebuję na już, najdalej za godzinę-dwie. Proszę się poważnie zastanowić".
Jezusie! Ale jak to? Tak nagle? Tak już? Od poniedziałku codziennie do pracy? Ale serio - CODZIENNIE? :-o
Mąż grozi, że spakuje mi walizki chwilę po tym, jak zadzwonię do p. Dyrektor i odmówię. Nie mamy walizek. Bez męża jakoś tak głupio. Więc nie mam wyboru.
Oddzwaniam. Pani Dyrektor się cieszy. Cóż, ja w zasadzie też, choć jednocześnie jestem posrana ze strachu.
Jak to wszystko ogarnę?
Tak z dnia na dzień przeorganizować całe życie?
Na nowo podzielić obowiązki. Odpuścić sprawy mniej ważne. Wstawać wcześniej. Gotować obiady "na zaś". Zaakceptować, że dziecko będzie po 7-8 godzin w żłobku...
Ciężka sprawa, ale podobno wszystko się da...
Trzymać kciuki proszę :-)
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Co potrafi mały człowiek.
Chyba wszyscy rodzice zgodzą się ze mną, że manie dziecka posiada dość liczne wady, jak również (na szczęście!) szereg zalet ;-)
Do tych pierwszych należą m.in. rosnące niemal z miesiąca na miesiąc wydatki, ciągły deficyt czasu "tylko dla siebie" czy niekończące się i kompletnie bezsensowne "odchlewianie" mieszkania.
Jeśli zaś chodzi o zalety... Jedną z najwspanialszych, przynoszącą nieustanne zdumienie, wzruszenie i rozbawienie, jest możliwość obserwowania ROZWOJU CZŁOWIEKA.
Oczywiście na studiach uczyłam się nieco o fazach rozwojowych dziecka, o kolejności nabywania umiejętności itp... Ale sucha teoria to oczywiście bezbrzeżna nuda, gdy się ma na co dzień prawdziwe studium przypadku :-)
Od kiedy wyszedł z etapu niemowlęctwa, Tymek wciąż i wciąż zaskakuje nas czymś nowym.
Niemal nie mogę uwierzyć, że jeszcze parę miesięcy temu martwiłam się, że tak mało mówi...
Aktualnie wszedł w fazę powtarzania niemal wszystkiego, co usłyszy ;-) I z tych zasłyszanych zwrotów buduje sobie całkiem zgrabne zdania...
"Pada deć, buzia. Pasiom!" - Pada deszcz i jest burza, trzeba wziąć parasol.
"Tika nie, dziadzi" - To nie jest Tymka, tylko dziadka.
"Pikek, nie! Koty bakom nie!" - Pitek, nie wychodź na balkon, koty nie wychodzą na balkon.
"Toć tu, masio tam" - Tost jest tu, masło tam (była to instrukcja, co mam przygotować na drugie śniadanie :-)
"Kajem, baciom, dziadziem. Ajki. Bam!" - Jechałem autokarem z babcią i dziadkiem, po drodze widzieliśmy wiatraki, jeden był popsuty.
To tylko skromna próbka jego lingwistycznych popisów :-)
Oczywiście nam jest go stosunkowo łatwo zrozumieć, bo zazwyczaj znamy kontekst. Nie wiem jeszcze, na ile dogadują się z nim obce osoby, np. panie w żłobku...
Oprócz uroczych wypowiedzi, dziecko raczy nas codziennie nowymi uroczymi zachowaniami :-)
Kiedy coś się rozsypie, biegnie w te pędy do kuchni, otwiera sobie szafkę pod zlewem, wyciąga stamtąd szczotkę i szufelkę, i próbuje posprzątać.
Garnie się do pomocy - ładuje pranie do pralki, odnosi ubranka do "kosia" na brudy, sprząta po zabawie, pomaga mi wyjmować umyte naczynia ze zmywarki (sprawdzając dokładnie każdą sztukę, czy aby na pewno domyta).
Próbuje karmić pluszowego misia swoimi chrupkami i dawać mu pić ze swojego kubeczka.
Kiedy gdzieś mamy wychodzić, przynosi pędem swoje buciki. A jeśli już ma je na nogach, przynosi... nasze.
Potrafi w jasny (i nie znoszący sprzeciwu ;-) sposób zakomunikować, co ma ochotę zjeść. Niedawno zapytany, co by zjadł na obiad, odparł po chwili zastanowienia: "tate" (tartę). "A z czym?" pytam dalej. "Iki" - mogłam się tego spodziewać - z oliwkami :-D
Na placu zabaw pięknie wymienia się z dziećmi zabawkami. Wydaje się rozumieć, że żeby pożyczyć od kogoś auto, wypada udostępnić mu w zamian swoje ;-)
Sam wchodzi i schodzi z czwartego piętra (np. u dziadków), wzbudzając zachwyt/zdumienie/przerażenie (niepotrzebne skreślić) wśród członków rodziny i sąsiadów.
Zaśmiewa się do rozpuku z naszego kota polującego na muchę, krzycząc przy tym "ble!".
Przed przejściem przez jezdnię sam podaje rękę, pouczającym głosikiem wyliczając, z kim można przechodzić przez ulicę: "tatom, mamom, Aniom, babom, dziadziem" :-D
"Nalewa" wyobrażone picie ze swojego kubka do małych kubeczków do zabawy i udaje, że pije z każdego po kolei.
Kiedy któreś z nas wraca do domu, przybiega do przedpokoju, przytula się do nóg, czasem krzyczy "cieść!"
...
No, generalnie jest tak uroczy, że "mózg staje" ;-)
Jak już wspomniałam - manie dziecka to wiele trudów i wyrzeczeń, ale jedno jest pewne - z nim nigdy nie będziemy się nudzić ;-)
Do tych pierwszych należą m.in. rosnące niemal z miesiąca na miesiąc wydatki, ciągły deficyt czasu "tylko dla siebie" czy niekończące się i kompletnie bezsensowne "odchlewianie" mieszkania.
Jeśli zaś chodzi o zalety... Jedną z najwspanialszych, przynoszącą nieustanne zdumienie, wzruszenie i rozbawienie, jest możliwość obserwowania ROZWOJU CZŁOWIEKA.
Oczywiście na studiach uczyłam się nieco o fazach rozwojowych dziecka, o kolejności nabywania umiejętności itp... Ale sucha teoria to oczywiście bezbrzeżna nuda, gdy się ma na co dzień prawdziwe studium przypadku :-)
Od kiedy wyszedł z etapu niemowlęctwa, Tymek wciąż i wciąż zaskakuje nas czymś nowym.
Niemal nie mogę uwierzyć, że jeszcze parę miesięcy temu martwiłam się, że tak mało mówi...
Aktualnie wszedł w fazę powtarzania niemal wszystkiego, co usłyszy ;-) I z tych zasłyszanych zwrotów buduje sobie całkiem zgrabne zdania...
"Pada deć, buzia. Pasiom!" - Pada deszcz i jest burza, trzeba wziąć parasol.
"Tika nie, dziadzi" - To nie jest Tymka, tylko dziadka.
"Pikek, nie! Koty bakom nie!" - Pitek, nie wychodź na balkon, koty nie wychodzą na balkon.
"Toć tu, masio tam" - Tost jest tu, masło tam (była to instrukcja, co mam przygotować na drugie śniadanie :-)
"Kajem, baciom, dziadziem. Ajki. Bam!" - Jechałem autokarem z babcią i dziadkiem, po drodze widzieliśmy wiatraki, jeden był popsuty.
To tylko skromna próbka jego lingwistycznych popisów :-)
Oczywiście nam jest go stosunkowo łatwo zrozumieć, bo zazwyczaj znamy kontekst. Nie wiem jeszcze, na ile dogadują się z nim obce osoby, np. panie w żłobku...
Oprócz uroczych wypowiedzi, dziecko raczy nas codziennie nowymi uroczymi zachowaniami :-)
Kiedy coś się rozsypie, biegnie w te pędy do kuchni, otwiera sobie szafkę pod zlewem, wyciąga stamtąd szczotkę i szufelkę, i próbuje posprzątać.
Garnie się do pomocy - ładuje pranie do pralki, odnosi ubranka do "kosia" na brudy, sprząta po zabawie, pomaga mi wyjmować umyte naczynia ze zmywarki (sprawdzając dokładnie każdą sztukę, czy aby na pewno domyta).
Próbuje karmić pluszowego misia swoimi chrupkami i dawać mu pić ze swojego kubeczka.
Kiedy gdzieś mamy wychodzić, przynosi pędem swoje buciki. A jeśli już ma je na nogach, przynosi... nasze.
Potrafi w jasny (i nie znoszący sprzeciwu ;-) sposób zakomunikować, co ma ochotę zjeść. Niedawno zapytany, co by zjadł na obiad, odparł po chwili zastanowienia: "tate" (tartę). "A z czym?" pytam dalej. "Iki" - mogłam się tego spodziewać - z oliwkami :-D
Na placu zabaw pięknie wymienia się z dziećmi zabawkami. Wydaje się rozumieć, że żeby pożyczyć od kogoś auto, wypada udostępnić mu w zamian swoje ;-)
Sam wchodzi i schodzi z czwartego piętra (np. u dziadków), wzbudzając zachwyt/zdumienie/przerażenie (niepotrzebne skreślić) wśród członków rodziny i sąsiadów.
Zaśmiewa się do rozpuku z naszego kota polującego na muchę, krzycząc przy tym "ble!".
Przed przejściem przez jezdnię sam podaje rękę, pouczającym głosikiem wyliczając, z kim można przechodzić przez ulicę: "tatom, mamom, Aniom, babom, dziadziem" :-D
"Nalewa" wyobrażone picie ze swojego kubka do małych kubeczków do zabawy i udaje, że pije z każdego po kolei.
Kiedy któreś z nas wraca do domu, przybiega do przedpokoju, przytula się do nóg, czasem krzyczy "cieść!"
...
No, generalnie jest tak uroczy, że "mózg staje" ;-)
Jak już wspomniałam - manie dziecka to wiele trudów i wyrzeczeń, ale jedno jest pewne - z nim nigdy nie będziemy się nudzić ;-)
niedziela, 22 lipca 2012
Jak Paproch tatuaż robił... :-)
Nie jest łatwo przyznać się do zmiany zdania, zwłaszcza w kwestii, co do której się człowiek upierał całe lata.
Właśnie dlatego postanowiłam to zrobić publicznie ;-)
Nie wiem, czy jeszcze uchował się jakiś człowiek wśród "krewnych i znajomych Królika", który by nie wiedział o moim zamiarze zrobienia sobie tatuażu na ramieniu. W razie gdyby tak było - owszem, nie tylko planowałam, ale było to nieomal moją obsesją. Ale tylko teoretyczną ;-) Tzn. marzyłam o tym, wyobrażałam sobie, jak to będzie go zrobić, planowałam wzór... Jednak nigdy jakoś nie zgłębiłam tematu pod kątem trwałości tej trwałej ozdoby. A dokładnie rzecz biorąc - wyobrażałam sobie zawsze, że tatuaż jest na zawsze... taki sam. Takie właśnie wyobrażenie miałam jeszcze parę tygodni temu, gdy nieoczekiwanie Los, poprzez ręce Rodziny zza granicy, obdarzył mnie nadprogramową gotówką w postaci 100 dolarów z kawałkiem. Po sprzedaniu ich w kantorze okazało się, że to coś koło 350zł. Na mały tatuaż w sam raz. Albo ciut za mało. W głębi duszy skakałam z podekscytowania, wiedziałam niemal od razu, na co wydam tę ekstra kasę. Ale, jak to ja, potraktowałam temat bardzo poważnie i zaczęłam czytać, przeglądać fora (czy to jest aby poprawna forma tego słowa?), oglądać zdjęcia cudzych tatuaży... I co? Już prawie byłam zdecydowana na studio, miałam w głowie dwa wzory (rysunek nietoperza i ważny dla mnie cytat), między którymi się wahałam, z wyraźną preferencją napisu...
Aż nagle, zagłębiając się w internetowe galerie rysunków na skórze, zrozumiałam coś, co niby wiedziałam, ale nigdy nie zaprzątało to mojej uwagi. Otóż tatuaż, choć jest ozdobą z założenia trwałą, nie trwa wiecznie w takiej postaci, jaką ma na początku po zrobieniu. Czyli - nie zawsze, a nawet stosunkowo krótko jest wyraźny, czarny i śliczny. Z upływem czasu, i to wcale nie takiego długiego, bo to zwykle kwestia kilku lat, staje się szarawy. Czy może grafitowy? I nie wygląda to już wcale tak ładnie. Jedyne rozwiązanie to poprawka. A za kolejnych parę lat - pewnie następna. No, ewentualnie zaakceptowanie jego wyblakłej postaci, ale to dla mnie nie wchodzi w grę - w mojej wyobraźni zawsze miałam na ramieniu intensywną, niemal lśniącą czerń.
I tak sobie pomyślałam, że skoro nie jestem na 101% pewna, że tego chcę, że jestem w stanie pokochać i nosić za parę lat mój napis poszarzały, zgranatowiały albo - o zgrozo! - zielonkawy, to może lepiej na razie go nie robić.
Nie mówię, że nie zmienię kiedyś zdania, bo jak się po raz kolejny okazuje - nigdy nie mów "nigdy" ani "zawsze". Ale póki co - tatuażu nie będzie (ku uciesze ślubnego ;-)
A że pieniądze nie lubią leżeć w szufladzie... Kupiłam sobie zegarek. I mężowi kupiłam zegarek. I jeszcze sporo zostało, bo to niedrogie zegarki są ;-) Więc jeszcze trochę zakupowych przyjemności przede mną.
A tak to bym tylko napis miała :-D
Właśnie dlatego postanowiłam to zrobić publicznie ;-)
Nie wiem, czy jeszcze uchował się jakiś człowiek wśród "krewnych i znajomych Królika", który by nie wiedział o moim zamiarze zrobienia sobie tatuażu na ramieniu. W razie gdyby tak było - owszem, nie tylko planowałam, ale było to nieomal moją obsesją. Ale tylko teoretyczną ;-) Tzn. marzyłam o tym, wyobrażałam sobie, jak to będzie go zrobić, planowałam wzór... Jednak nigdy jakoś nie zgłębiłam tematu pod kątem trwałości tej trwałej ozdoby. A dokładnie rzecz biorąc - wyobrażałam sobie zawsze, że tatuaż jest na zawsze... taki sam. Takie właśnie wyobrażenie miałam jeszcze parę tygodni temu, gdy nieoczekiwanie Los, poprzez ręce Rodziny zza granicy, obdarzył mnie nadprogramową gotówką w postaci 100 dolarów z kawałkiem. Po sprzedaniu ich w kantorze okazało się, że to coś koło 350zł. Na mały tatuaż w sam raz. Albo ciut za mało. W głębi duszy skakałam z podekscytowania, wiedziałam niemal od razu, na co wydam tę ekstra kasę. Ale, jak to ja, potraktowałam temat bardzo poważnie i zaczęłam czytać, przeglądać fora (czy to jest aby poprawna forma tego słowa?), oglądać zdjęcia cudzych tatuaży... I co? Już prawie byłam zdecydowana na studio, miałam w głowie dwa wzory (rysunek nietoperza i ważny dla mnie cytat), między którymi się wahałam, z wyraźną preferencją napisu...
Aż nagle, zagłębiając się w internetowe galerie rysunków na skórze, zrozumiałam coś, co niby wiedziałam, ale nigdy nie zaprzątało to mojej uwagi. Otóż tatuaż, choć jest ozdobą z założenia trwałą, nie trwa wiecznie w takiej postaci, jaką ma na początku po zrobieniu. Czyli - nie zawsze, a nawet stosunkowo krótko jest wyraźny, czarny i śliczny. Z upływem czasu, i to wcale nie takiego długiego, bo to zwykle kwestia kilku lat, staje się szarawy. Czy może grafitowy? I nie wygląda to już wcale tak ładnie. Jedyne rozwiązanie to poprawka. A za kolejnych parę lat - pewnie następna. No, ewentualnie zaakceptowanie jego wyblakłej postaci, ale to dla mnie nie wchodzi w grę - w mojej wyobraźni zawsze miałam na ramieniu intensywną, niemal lśniącą czerń.
I tak sobie pomyślałam, że skoro nie jestem na 101% pewna, że tego chcę, że jestem w stanie pokochać i nosić za parę lat mój napis poszarzały, zgranatowiały albo - o zgrozo! - zielonkawy, to może lepiej na razie go nie robić.
Nie mówię, że nie zmienię kiedyś zdania, bo jak się po raz kolejny okazuje - nigdy nie mów "nigdy" ani "zawsze". Ale póki co - tatuażu nie będzie (ku uciesze ślubnego ;-)
A że pieniądze nie lubią leżeć w szufladzie... Kupiłam sobie zegarek. I mężowi kupiłam zegarek. I jeszcze sporo zostało, bo to niedrogie zegarki są ;-) Więc jeszcze trochę zakupowych przyjemności przede mną.
A tak to bym tylko napis miała :-D
Subskrybuj:
Posty (Atom)
