środa, 13 kwietnia 2011

Czasem smutniej...

Czasem jest smutno.
Złe wiadomości. Zła pogoda. Żal - nie wiadomo za czym czy do kogo.
Bolesna świadomość przemijania.
Gdy cierpi ktoś bliski, serce pęka na tysiąc kawałków, które posklejać bardzo trudno.
Płaczę gdy nikt nie patrzy, staram się zbierać siły na jeszcze gorszy czas.
Pachną muffinki z niespodziankami, upieczone dla zajęcia myśli i na poprawę humoru. Zapach wlewa troszkę słońca do serca.
Dużo spokoju dziś wszystkim życzę.
I zdrowia, bo gdy go brak - wali się wszystko.

piątek, 8 kwietnia 2011

Dawne marzenie.

Za oknem szaro, ponuro, kropi i wieje.
Choć na trawniku od strony balkonu zakwitły nam już forsycje, pogoda dziś bardziej listopadowa. Mam nadzieję, że to chwilowe :-)

Tymul ma dziś Dzień Śpiocha, odwalił już dziś jedną drzemkę prawie 3-godzinną, co jest niewątpliwie rekordem ostatnich tygodni. Wstał, pojadł, poskrzeczał, pouśmiechał się w sumie 2,5 godziny, a teraz przysnął znowu. Oglądam, a raczej słucham, "Kuchenne rewolucje" na VOD Onet, gdzie Magda Gessler robi tzw. rozpierduchę w restauracjach, które słabo sobie radzą i... chodzi mi po głowie moje dawno wymyślone i nadal aktualne marzenie.
Marzy mi się mianowicie mały, miły lokal na osiedlu, gdzie mieszkam, przyjazny mamom z dziećmi w wieku niemowlęcym i przedszkolnym, czyli takimi, które nie zawsze jest z kim zostawić, gdy chce się po południu (albo przed :-) ) wyskoczyć z koleżanką na kawę i plotki.
Wszystko w głowie mam zaplanowane.
Kameralna sala, prosto urządzona, ale przytulna, ładne zdjęcia na ścianach (może fotografie mojego Brata z jego podróży?...). Kolorowe talerzyki, kubki - każdy z innej parafii, jak u mnie w domu ;-) Krzesełka do karmienia niemowląt, małe kolorowe stoliki i krzesełka dla dzieci w wieku przedszkolnym. Niedużo, dla 10-12 kobiet i podobnej ilości dzieci. Czysta, skromna łazienka z kącikiem do pielęgnacji niemowląt. Zaciszna kanapa w kąciku, może nawet za jakąś lekką zasłonką, do karmienia piersią. Dla dzieci zabawki, kartony i kredki, kolorowy dywan, na którym można by się bawić...
I podgrzewacz do dyspozycji mam - żeby podgrzać słoiczek z deserkiem czy kaszkę.
Menu - oczywiście dobra kawa z ekspresu ciśnieniowego, smakowe herbaty, soki - może świeżo wyciskane. Ciasta i ciastka domowej roboty, codziennie świeże (oczywiście potrzebowałabym kogoś do pomocy ;-) ) Do kawy - kosteczka czekolady. Może też kanapki, oczywiście świeżo przygotowywane - dla kogoś kto woli na podwieczorek bułkę pełnoziarnistą z twarożkiem i rzodkiewką, zamiast ciasta czekoladowego ;-) I może owoce sezonowe - miseczka truskawek z bitą śmietaną albo pieczone gruszki - czemu nie? :-)
W tle cicha, kobieca muzyka - Norah Jones, Katie Melua, Dido, Eva Cassidy...
I jeszcze książki i kolorowe czasopisma - żeby sobie wziąć z półki i poczytać przy kawie, choć podejrzewam, że panie raczej zagadywałyby siebie nawzajem, nawiązywałyby się trwałe znajomości - tak mi się marzy. Bo wiem jak to jest - być uwiązaną z dzieckiem w domu, bez koleżanek...
Wspaniale by było, cudownie bym się czuła, prowadząc takie miejsce, patrząc jak młode mamy i ich dzieci nawiązują przyjaźnie, pałaszując babkę-pieguskę, czekoladowe muffinki, cytrynową tartę czy domowy sernik :-)
Zawsze jak o tym pomyślę, czuję zapał, uśmiecham się :-)
I tylko funduszy brak... (i pomysłu na nazwę;-) )
Ech, gdyby tak wygrać w totka... Wcale nie chciałabym spocząć na laurach i żyć z procentów. Otworzyłabym wtedy taką knajpkę gdzieś niedaleko mojego domu i myślę, że byłabym bardzo szczęśliwa.
Może kiedyś... :-)

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Urok zwykłych poranków.

Jakoś sporo myśli mam ostatnio do przelania na... miło byłoby napisać, że na papier, bo "na klawiaturę" nie brzmi tak przyjemnie, ale jakie są fakty - każdy widzi ;-)
Piszę więc, z nadzieją, że czyta to więcej niż jedna osoba ;-) Jeśli czytacie, zostawcie, proszę, czasem jakieś słowo, nie ukrywajcie się. Miło mi będzie wiedzieć, że ważne osoby zaglądają tu czasem.
Piękny mamy poranek, a właściwie już przedpołudnie. Pewien portal internetowy wróżył deszcze na dzisiaj, ale na razie jakoś ich nie widać - piękne wiosenne słońce zagląda mi w okno kuchni, gdzie przy stole siedzę z laptopem. W sypialni potomek uskutecznia drzemkę.
Miło tak słonecznie i konstruktywnie zacząć dzień :-)
Wstałam o siódmej, razem z małżonkiem, żeby mu przygotować sałatkę do pracy. Dziś niezdrowo, ale pysznie ;-) Ser żółty, kosteczki szynki (czy też czegoś do szynki podobnego), suszone śliwki, kukurydza z puszki, nasiona słonecznika (zdrowy akcent!), majonez. Do tego bułka, banan, czekoladka. Lepsze to niż kaszanka zjedzona na kolację ;-)
Dzięki temu, że tak wcześnie wstałam, trochę już mam zrobione, a dzień długi przed sobą. Jestem już ubrana, włosy umyte, kuchnia ogarnięta, śniadanie zjedzone, dwie herbaty wypite - z ukochanego kubka z kotami, kupionego w supermarkecie za dychę :-) Kiełki rzodkiewki i pszenicy wysiane, za trzy dni będą gotowe, może do zdrowszej sałatki dla męża :-)
Wielkimi krokami zbliża sie koniec mojego zasiłku macierzyńskiego, najwyższa już pora rozejrzeć się za jakąś pracą... Serce mi się ściska z przerażenia, jak o tym pomyślę, ale co się odwlecze... Wiadomo... Dziś może usiądę nad CV, jak synio pozwoli, pomyślę gdzie je wysłać/zanieść. Może odważę się też w końcu wysłać aplikacje do kilku wydawnictw, może któreś da mi szansę spróbować swych sił w pracy korektora... Wspaniale byłoby dostać choć próbkę do wykazania się :-)
A tymczasem, przy paluszkach z sezamem, siądę z moim zeszytem w maliny, jagody, poziomki - i zaplanuję obiady na najbliższe 3 dni.
Najpierw przyjemność, potem obowiązki ;-)

Dobrego dnia!

sobota, 2 kwietnia 2011

Zmiany.

Jak chyba każdy od razu zauważył - zmieniłam ubranko mojego bloga.
Chciałam tak na wiosnę coś odświeżyć, być może potem wrócić do moich starych "kropek". Ale wygląda na to, że nie da się tego zrobić, takie tło już nie jest dostępne :-p Mam więc nadzieję, że to Wam się podoba, bo zapewne zostanie tu przez jakiś czas. A potem może znowu zachce mi się zmian? :-) W końcu nie tylko moje wpisy mogą oddawać mój nastrój w aktualnym czasie, dekoracje też :-) A nastrój mam ostatnio często właśnie taki: zielono-dmuchawcowy :-) Wiosenny.
Pachnie dziś u nas w domu od rana ciastem marchewkowo-bananowym, które upiekłam pierwszy raz, wedle przepisu z internetu.
Nie chcę tego bloga zamieniać w bloga kulinarnego. Gdzie mi tam do internetowych bogiń kuchni, których blogi przeglądam ostatnio z upodobaniem :-p Ale postanowiłam się jednak pochwalić, bo ciasto wygląda baaardzo apetycznie :-)


Miłej (i smacznej) soboty!

wtorek, 29 marca 2011

Wiosna... ach to Ty! :-)

Witam.

Wiosna, wiosna nadchodzi!
Ach, jak mnie to cieszy ogromnie! Wprawdzie słyszałam plotki okrutne, że na Wielkanoc ma być śnieg z powrotem, ale póki co świeci boskie słońce, temperatura wyraźnie na plusie (i ma rosnąć!), a w powietrzu czuje się to COŚ, co zawsze poprzedza nadejście mojej ulubionej pory roku :-D
Aż chce się żyć!
Do ważnych dla mnie ludzi zawitała też wiosna w postaci... wizyty bociana;-) Jestem ogromnie ucieszona, czekałam na tę wiadomość niemal jak na wiadomość o własnej ciąży :-p
Trzymajcie się kochani i dbajcie o ten cud! Życzę Wam bardzo powodzenia!

A co u nas nowego?

Jak wszystkim lub prawie wszystkim wiadomo - 11 dni spędziliśmy w szpitalu, a właściwie Tymek spędził. 8 marca zostaliśmy przyjęci na oddział niemowlęcy w Szpitalu CZMP z diagnozą - obturacyjne zapalenie oskrzeli i zapalenie płuc + nieżyt noso-gardła. Tymuś był bardzo biedny, kasłał, furczał, nie mógł oddychać przez nos, nie mógł przez to ssać mleka, miał duszności. Trudne było dla mnie pozostać z nim na cichym i pustym już o tej porze (przyjęto nas koło 18-tej) oddziale, ale wiedziałam, że trzeba i że ktoś musi z nim zostać. I że to muszę być ja - z racji karmienia małego piersią.
Całego pobytu opisywać nie chcę, bo nie bardzo chce mi się do tego wracać w szczegółach.
Napomknę tylko, że biedny Tymuś przez 4 noce musiał być beze mnie, bo się rozchorowałam. Dostawał wtedy mleko sztuczne z butli, na szczęście po moim powrocie od razu przypomniał sobie, jak ssać "cycusia".
Że 5 spośród 6 nocy, jakie spędziłam z nim na oddziale, przespałam na fotelu (nie mając przez ten czas możliwości położenia się nawet na chwilę). Na ostatnią noc (gdy jeszcze nie było wiadomo, że to ostatnia) dostałam - hura! - lekarską leżankę :-/
I że malutki był bardzo dzielny, choć inhalacje to była jego zmora (moja też:-p), jak mu tylko przytykałam maseczkę do twarzy, zaczynał protestować.
Ale wszystkie te trudności opłaciły się, bo w 11 dobie zostaliśmy wypisani do domu z czystymi oskrzelami i płucami.
Aktualnie Tymo czuje się znakomicie, dokazując całymi dniami, aż momentami mam go dosyć :-p

Chłopaczek nasz skończył w sobotę 4 miesiące!
Jak ten czas leci! Szok! Dopiero co pisałam, że skończył trzy... Ani się obejrzymy, a będzie pół roku!
Tymul jest coraz bardziej kontaktowy, wydaje bardzo dużo różnych dźwięków. Ostatnio nauczył się - niestety! - piszczeć:-p
Łapie już ładnie grzechotkę i potrafi nią długo potrząsać, a także czasem przekłada z ręki do ręki. No i oczywiście z upodobaniem pcha ją do ust (jak wszystko inne, co się znajdzie w jego pulchnych łapkach).
Położony na brzuchu - wysoko i bardzo długo trzyma głowę uniesioną, najczęściej podpierając się na przedramionach, poczynił już też kilka prób przewrócenia się samodzielnie na bok/plecy.
Noszony na rękach w pionie trzyma głowę na tyle sztywno, że nie trzeba jej już podtrzymywać.
Posadzony w półleżeniu na kolanach dorosłego, plecami do jego brzucha, siłą mięśni swojego brzuszka próbuje podciągać się do siedzenia - nawet skutecznie, choć na razie nie bardzo pozwalamy mu siedzieć, jeszcze na to za wcześnie.
Ma nadal olbrzymi apetyt, mam wrażenie, że nawet coraz większy. Niedługo moje piersi przestaną wystarczać i zaczniemy powoli wprowadzać jedzonka typu papka z marchewki:-) Ale to za jakiś miesiąc myślę, może półtora.
Ma poczucie humoru, waży już chyba 7kg (przy wypisie ze szpitala 6900g) i coraz więcej rzeczy nosi już w rozmiarze 68. Kolejne pajacyki i koszulki w rozmiarze 62 wędrują do "archiwum":-)

To tyle o Tymku.

Co jeszcze u mnie?
Zmiany wiosenne. A dokładnie jedna duża zmiana. Nagle zafascynowało mnie gotowanie. Wielka od zawsze miłość do jedzenia wybuchła jakby ze zdwojoną siłą, podejrzewam, że w wyniku dwukrotnej w ostatnim czasie konieczności zastosowania rygorystycznej, lekkostrawnej diety;-) Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nagle odkryłam w sobie też miłość do gotowania :-p Może pojawiła się ona w wyniku konieczności - nasza sytuacja jest taka, że jak chcę zjeść coś konkretnego, muszę to sobie na ogół sama zrobić - Konrada ostatnio więcej nie ma w domu, niż jest... Nieistotne jednak skąd, grunt, że pojawiła się i mam nadzieję, że już zostanie. Wcześniej była przykrą koniecznością, teraz - głęboko zafascynowana przeglądam strony internetowe z przepisami kulinarnymi i planuję wypróbowanie wielu z nich w niedalekiej bądź nieco dalszej przyszłości. Plany na zupełnie bliską przyszłość to tarta na obiad (jeszcze nie wiem z czym, może z fetą i ziołami?...) oraz ciasto marchewkowo-bananowe. Na dalszą - z racji obostrzeń związanych z karmieniem - cudowne ciasta i ciastka czekoladowo-orzechowe. Już wypróbowałam przepis na cytrynową babkę piaskową, podobną jak piekło się u mnie w domu, gdy byłam dzieckiem, na weekendy. Sukces! :-) Smak dzieciństwa odtworzony:-)
Tak więc proszę o trzymanie kciuków, żeby mi ta nowa pasja nie przeszła zbyt łatwo - chciałabym żeby moje dzieci miały dobrze gotującą mamę i żeby niedziele kojarzyły im się z domowym ciastem:-) Wprawdzie trochę czasu minie jeszcze, zanim Tymo będzie tych ciast próbował, ale... Nie zaszkodzi już się wprawiać;-)

To tyle chyba.
Piękna pogoda od rana, więc idę pod prysznic, żeby zdążyć wyjść z młodym na krótki spacerek, zanim Konrad wybędzie na 10 godzin do pracy...

Uściski wiosenne!!!

poniedziałek, 7 marca 2011

O miłości i nie tylko.

Pewna dobra znajoma (BUZIAKI, ASIU!:-) zwróciła mi wczoraj uwagę, że dawno nic nie pisałam... Ja na to, że nie mam jakoś weny, że w sumie nie ma o czym...
Lecz po namyśle muszę stwierdzić, że jest o czym! Że co dzień dzieją się rzeczy ważne, wielkie, wspaniałe... Nie dzielenie się nimi z czystego lenistwa (A FE!) to po prostu egoizm.
A nie utrwalanie ich, to głupota, której będę za kilka lat gorzko żałować.
Patrzę na zdjęcia małego ze szpitala i w głowie mi się nie mieści, że zaledwie 3 miesiące temu był taką maluśką pchełką, z nie do końca otwartymi oczkami... Tak bardzo się zmienia!
Trzeba łapać chwile, bo szybko mijają i nigdy nie powrócą, nigdy już nie przeżyję pewnych wrażeń, emocji, wzruszeń...
Więc nadrabiam:-)

Miłość przyszła nie wiadomo skąd i nie do końca wiadomo kiedy.
Pierwsze wspólne tygodnie były bardzo trudne. Mały budził się w nocy, płakał podczas przewijania, obchodziliśmy się z nim trochę jak z jajkiem (nigdy nie zapomnę mojego obsesyjnego strachu związanego z jego wielką głową, kiwającą się bezwładnie na wszystkie strony jak na szypułce :-p) Ja byłam po cięciu słaba, obolała, nie wolno mi było się forsować. Hormony szalały. Piersi bolały... Rosła we mnie irytacja, zniecierpliwienie, zwątpienie - czy to była słuszna decyzja? Czy naprawdę powinniśmy mieć dziecko? Czy ja powinnam być mamą? Trudne emocje podkręcał fakt, że jakoś głupio było mi się z tego zwierzać komukolwiek - jak to, wątpić czy się chce własnego dziecka?! (nawiasem mówiąc dopiero później przeczytałam w pewnej książce dla mam, że takie emocje są udziałem większości kobiet w pierwszych tygodniach po porodzie - szkoda że tak późno to przeczytałam:-p)
No ale nie można się było już z tego wycofać... I dobrze:-)
Nie wiem kiedy irytacja zaczęła ustępować czułości. Pojawiła się cierpliwość, radość z obcowania z tym małym człowiekiem. Poczułam się lepiej, psychicznie i fizycznie. Mam więcej siły, bardziej mi się chce, nie tylko nabrałam wprawy w przewijaniu, ubieraniu małego, ale wręcz polubiłam to:-) To samo z karmieniem. Na początku przykry obowiązek - teraz stał się... no, może nie ulubionym elementem dnia, ale na pewno są to miłe chwile, spędzone z synkiem blisko, w spokoju...
Przed porodem byłam zwolenniczką "chłodnego chowu"... Nie sądziłam, że to kiedyś napiszę, ale...Chromolić chłodny chów ;-) Chcę Tymkowi dać maksymalnie dużo ciepła, tulę go, noszę, biorę nad ranem do naszego łóżka (choć zarzekałam się, że nigdy w życiu;-) i ogólnie rzecz biorąc... ROZPIESZCZAM. Nie umiem inaczej, po prostu skradł moje serce. Dałabym mu wszystko, oddałabym życie za niego - teraz już jestem pewna - choć kiedyś uważałam takie stwierdzenie za patetyczny frazes...
Aktualnie jest chory... Serce mi pęka, gdy słyszę jak kaszle i rzęzi. Oddałabym dużo, żeby zachorować zamiast niego, żeby tylko on się nie męczył... nie sadziłam, że pokocham go tak bardzo. Nie sądziłam chyba, że można tak kochać...
Wiem, jak bardzo pompatycznie to wszystko brzmi, ale wszystko to najprawdziwsza prawda :-) I tylko to się liczy.

A tak bardziej prozaicznie...
Tymo skończył 3 miesiące. Jest dużym chłopakiem - na ostatnim mierzeniu w przychodni miał 62cm i ważył 6600g (wciąż tylko na piersi!) W ciągu dnia coraz bardziej aktywny, absorbujący - uwielbia być noszony na rękach, a jego druga ulubiona rozrywka to siedzenie w bujaczku i obserwowanie naszej zwykłej aktywności - dzięki temu często mogę ugotować obiad czy poprasować stertę tetry nawet gdy nie śpi. Ma poczucie humoru - śmieszą go dziwne dźwięki typu imitowanie pierdzenia lub gdakania kury, rymowane wierszyki, wesołe pioseneczki. Uśmiecha się szeroko na widok pochylających się nad nim twarzy, w szczególności preferuje te znane sobie - takie mam wrażenie. Jest dzielny i grzeczny u lekarza oraz podczas podawania leków. Przeważnie przesypia całe noce - od 22-giej do 6-tej. Leżąc na brzuchu wysoko i długo utrzymuje główkę. Włożona do ręki grzechotką potrafi potrząsać bez wypuszczania nawet 15-20 minut (dziś zaobserwowałam:-) Wydaje mnóstwo dźwięków. Ostatnio odkrył istnienie swoich rąk - wyciąga je przed siebie i w skupieniu, z pewnym zdziwieniem, kontempluje zaciśnięte piąstki. Bardzo lubi kąpiele i spacery (ale nie lubi być ubierany na spacer). Potrafi dać się we znaki, np. wymuszając histerycznym płaczem noszenie na rękach, ale w porównaniu do dzieci z zasłyszanych opowieści - jest dosyć spokojnym i bardzo pogodnym dzieckiem.
No i w ogóle jest strasznie fajny:-)
Prawdziwy skarb nam się trafił ;-)

Uch, rozpisałam się trochę, musi Wam znowu na dłuższy czas wystarczyć;-)
Do następnego!

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Kilka tygodni później...

Życie nagle nabrało szalonego tempa.
Już wcześniej myślałam, że czas szybko biegnie, ale nie doceniłam go - potrafi znacznie szybciej :-p
Przy małym dziecku nie wiadomo kiedy zlatuje cała doba. I następna, i następna...
Dzień mój wygląda w ten sposób, że zwykle w okolicach ósmej budzi mnie kwękanie głodnego ssaka;-) Przewijam go więc, daję jeść, odkładam do łóżeczka lub zostawiam w naszym łóżku i idę sobie zrobić śniadanie - o ile małemu nie włączy się syrena pt. "Niech mnie ktoś przytuli". Zjadam, przeglądam ulubione strony w internecie, przy odrobinie szczęścia uda mi się wziąć prysznic, ale to nie zawsze :-p No i okazuje się, że Dzieć znowu głodny. Więc przewijam, karmię... Przychodzi czas i mojego drugiego śniadania. Zjadam, potem wieszam pranie albo odkurzam, zależy co jest do zrobienia, posiedzę trochę w necie i... robi się pora kolejnego karmienia... Po nim robię i zjadam obiad (niekiedy jest to przerywane czynnościami typu tulenie i uspokajanie, bo młodemu akurat się nudzi albo boli go brzuch, bo się przejadł). Ogarniam kuchnię po obiedzie i... zgadnijcie co ;-) Tak, następne karmienie. Nieraz przy okazji przewijania zostaje obsrane pół sypialni, więc trzeba sprawnie uprzątnąć, czasem przebrać drania, bo bywa, że śpiochy też zarobią przy okazji... Potem z małym srajkiem trzeba posiedzieć, pogadać do niego, położyć go na brzuszku, żeby ćwiczył podnoszenie głowy... Już czas na podwieczorek, więc zjadam, szykuję obiad Konradowi, który wraca z pracy, pobuszuję chwilę po forach, poprasuję stertę tetry (której idą zastraszające ilości, bo mały ulewa jak fontanna) i - surprise, surprise - oto pora kolejnego karmienia :-D Jeśli mam mniej szczęścia to zamiast prasowania tetry i buszowania po forach uspokajam Tymka wrzeszczącego wniebogłosy, gdy tylko się oddalę na odległość większą niż 30cm :-o I tak dalej...
I nagle robi się 23,30; wszyscy padamy wycieńczeni :-p Przeważnie mamy w ciągu nocy dwie pobudki, w odstępach około 3,5 godziny, niekiedy dłużej.
Obiecywałam sobie, że Tymek nie będzie spał z nami w łóżku i dotrzymuję tej obietnicy po części;-) Mianowicie śpi u siebie w łóżeczku do ostatniego nocnego karmienia zazwyczaj, po którym zostawiam go już w naszym łóżku i śpimy sobie razem do rana. Ma to tę zaletę, że przytulony - bardzo szybko się uspokaja i zasypia, i nie trzeba go lulać, co ma dosyć istotne znaczenie dla ludzi z wiecznym deficytem snu :-p

No a poza tym, pomijając wadę będącą udziałem chyba każdego niemowlęcia - RYK - jest cudny. Nadal dużo śpi i względnie mało marudzi, chyba że ma zły dzień (wtedy najchętniej wsadziłabym go z powrotem do brzucha). Rośnie jak na drożdżach. Jest prześliczny. Podnosi głowę, rozgląda się, wodzi wzrokiem za przedmiotami. Lubi muzykę (często słucha ze mną nie jakichś tam kołysanek, ale porządnej muzy - Dżemu, Eddiego Veddera, Evy Cassidy, starych Wilków, ewentualnie dźwięków natury ;-) i uspokaja się przy niej.
No i uśmiecha się - może jeszcze nie świadomie, ale adekwatnie do sytuacji:-) I jest to najsłodszy uśmiech świata :-D