59 lat temu urodził się mój Tata.
Świetny człowiek, najlepszy Ojciec.
13 lat temu mój mąż po raz pierwszy uścisnął mi dłoń i spojrzał mi w oczy.
To było na progu mieszkania moich Rodziców, a ja od razu wiedziałam...
Nie piję prawie nigdy, ale dziś skusiłam się na kapkę likieru.
Okazja jest dobra. Podwójna.
Za dobrych mężczyzn w moim życiu.
środa, 30 stycznia 2013
sobota, 26 stycznia 2013
wtorek, 22 stycznia 2013
Zasypało...
... I dalej sypie.
Niedługo będzie chyba można na sankach z okna zjechać :-D
A ja, zakutana w pled, piję herbatkę i oglądam "Cudowne Lata" - chyba najfajniejszy serial, jaki powstał.
W tym konkretnie momencie nawet całkiem lubię zimę ;-)
Niedługo będzie chyba można na sankach z okna zjechać :-D
A ja, zakutana w pled, piję herbatkę i oglądam "Cudowne Lata" - chyba najfajniejszy serial, jaki powstał.
W tym konkretnie momencie nawet całkiem lubię zimę ;-)
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Doceniać drobiazgi.
W miniony weekend byłam na pierwszym warsztacie z cyklu o nazwie "Spotkanie, zasoby, proces" - najprościej mówiąc jest to wprowadzenie do terapii ericksonowskiej - pozytywnej, nakierowanej na odnajdywanie i podkreślanie zasobów, a także opartej na metaforze i zjawiskach transowych.
Genialny warsztat.
Mniejsza z tym, do sedna.
Jednym z zadań było porozmawiać w parach. Przez 5 minut miałam opowiadać poznanej dzień wcześniej koleżance o moim poranku - jak mi się wstawało, jak mi minęła droga na warsztaty, jakie myśli mi towarzyszyły itp. Zadaniem osoby słuchającej było na podstawie tej opowieści znaleźć moje zasoby. Dziewczyna, z którą robiłam to ćwiczenie wylała dosłownie miód na moje serce. Dowiedziałam się, że jestem bardzo pozytywną osobą, że potrafię zadbać o siebie, mam dobrą, partnerską relację z mężem. Że byle co nie wytrąca mnie z równowagi (nie do wiary! ale skoro ktoś tak mnie widzi, to coś w tym może jest ;-) i że umiem się cieszyć drobiazgami.
Tego ostatniego akurat ostatnio pilnie się uczę. Założyłam specjalny notatnik, gdzie zapisuję (a przynajmniej staram się) wszystkie rzeczy, które mnie spotkały, i które sprawiły mi radość, satysfakcję, które były miłe itp.
W każdym tygodniu udaje mi się zanotować średnio 10 takich rzeczy, a dążę do zwiększenia tej liczby ;-)
Czasem to przeglądam i aż się dziwię, jakie sprawy mogą poprawiać humor :-)
W ostatnich tygodniach zanotowałam m.in.:
Nowe masełko do ust - ma boski zapach!
Udało mi się napisac opinię w jeden wieczór ;-)
Miły obiad z Mamą i Mateuszem.
K. zrobił pyszne żeberka z kaszą.
Otworzyłam przepyszne "Pralinki do herbaty" - rozkosz na podniebieniu :-)
Spadł piękny śnieg (nie lubię co prawda zimy, ale taki zimowy krajobraz jednak mi się podoba).
Rozpoczęłam kurs w Polskim Instytucie Ericksonowskim.
Odkryłam fajne czasopismo - "Sens".
Dobrze mi poszła trudna rozmowa z trudną klientką, której się bardzo obawiałam (rozmowy raczej, niż klientki ;-).
To tylko drobne rzeczy, ale czyż życie właśnie z nich się nie składa?
Pozdrawiam ciepło, bo za oknem ciut na minusie :-)
Genialny warsztat.
Mniejsza z tym, do sedna.
Jednym z zadań było porozmawiać w parach. Przez 5 minut miałam opowiadać poznanej dzień wcześniej koleżance o moim poranku - jak mi się wstawało, jak mi minęła droga na warsztaty, jakie myśli mi towarzyszyły itp. Zadaniem osoby słuchającej było na podstawie tej opowieści znaleźć moje zasoby. Dziewczyna, z którą robiłam to ćwiczenie wylała dosłownie miód na moje serce. Dowiedziałam się, że jestem bardzo pozytywną osobą, że potrafię zadbać o siebie, mam dobrą, partnerską relację z mężem. Że byle co nie wytrąca mnie z równowagi (nie do wiary! ale skoro ktoś tak mnie widzi, to coś w tym może jest ;-) i że umiem się cieszyć drobiazgami.
Tego ostatniego akurat ostatnio pilnie się uczę. Założyłam specjalny notatnik, gdzie zapisuję (a przynajmniej staram się) wszystkie rzeczy, które mnie spotkały, i które sprawiły mi radość, satysfakcję, które były miłe itp.
W każdym tygodniu udaje mi się zanotować średnio 10 takich rzeczy, a dążę do zwiększenia tej liczby ;-)
Czasem to przeglądam i aż się dziwię, jakie sprawy mogą poprawiać humor :-)
W ostatnich tygodniach zanotowałam m.in.:
Nowe masełko do ust - ma boski zapach!
Udało mi się napisac opinię w jeden wieczór ;-)
Miły obiad z Mamą i Mateuszem.
K. zrobił pyszne żeberka z kaszą.
Otworzyłam przepyszne "Pralinki do herbaty" - rozkosz na podniebieniu :-)
Spadł piękny śnieg (nie lubię co prawda zimy, ale taki zimowy krajobraz jednak mi się podoba).
Rozpoczęłam kurs w Polskim Instytucie Ericksonowskim.
Odkryłam fajne czasopismo - "Sens".
Dobrze mi poszła trudna rozmowa z trudną klientką, której się bardzo obawiałam (rozmowy raczej, niż klientki ;-).
To tylko drobne rzeczy, ale czyż życie właśnie z nich się nie składa?
Pozdrawiam ciepło, bo za oknem ciut na minusie :-)
wtorek, 8 stycznia 2013
niedziela, 23 grudnia 2012
Co się liczy.
Miałam niedawno kryzys.
Duży kryzys.
Wszystko nie tak.
Mąż irytujący, dziecko niegrzeczne (bunt dwulatka!), gówniana pogoda, katar.
Laptop się rozpada. Zrobiłam dziurę w ulubionym swetrze. Brudne okna. Ręce popękane do krwi. Zajady. Tusz sklejający rzęsy. Bank zawracający głowę. Brak czasu na czytanie.
Ogólna i wszechogarniająca beznadzieja.
I nagle przychodzi taki dzień, jak wczoraj - nie wiem, może dlatego, że to pierwszy dzień po końcu świata ;-) Nagle wszystko widzę w innym świetle.
Dziecko jakieś takie grzeczniejsze, przytulaśne.
Mąż fajny - robi zakupy, sprząta w kuchni, szykuje ryby na święta, żartuje.
Pogoda zimna, ale chociaż nic nie pada.
Katar mija. Okna umyte, kurze pościerane, pościel zmieniona.
Sprawa z bankiem załatwiona.
Dokończyłam książkę, na którą przez tydzień nie miałam czasu.
Tusz do rzęs pal sześć, niecałą dychę kosztował, mała strata. Sweter to tylko sweter, za jakiś czas będę mieć inny ulubiony ;-)
Wypiłam dobrą kawę, wyszorowałam wannę, nie wyspałam się, ale to nic, może w ciągu dnia się zdrzemnę...
Co się liczy?
Dom, rodzina, praca dająca wyżyć.
Reszta to pierdoły.
Duży kryzys.
Wszystko nie tak.
Mąż irytujący, dziecko niegrzeczne (bunt dwulatka!), gówniana pogoda, katar.
Laptop się rozpada. Zrobiłam dziurę w ulubionym swetrze. Brudne okna. Ręce popękane do krwi. Zajady. Tusz sklejający rzęsy. Bank zawracający głowę. Brak czasu na czytanie.
Ogólna i wszechogarniająca beznadzieja.
I nagle przychodzi taki dzień, jak wczoraj - nie wiem, może dlatego, że to pierwszy dzień po końcu świata ;-) Nagle wszystko widzę w innym świetle.
Dziecko jakieś takie grzeczniejsze, przytulaśne.
Mąż fajny - robi zakupy, sprząta w kuchni, szykuje ryby na święta, żartuje.
Pogoda zimna, ale chociaż nic nie pada.
Katar mija. Okna umyte, kurze pościerane, pościel zmieniona.
Sprawa z bankiem załatwiona.
Dokończyłam książkę, na którą przez tydzień nie miałam czasu.
Tusz do rzęs pal sześć, niecałą dychę kosztował, mała strata. Sweter to tylko sweter, za jakiś czas będę mieć inny ulubiony ;-)
Wypiłam dobrą kawę, wyszorowałam wannę, nie wyspałam się, ale to nic, może w ciągu dnia się zdrzemnę...
Co się liczy?
Dom, rodzina, praca dająca wyżyć.
Reszta to pierdoły.
piątek, 21 grudnia 2012
Koniec świata.
Czyli co?
Jednak odwołany?
Kolejny zaliczony w moim życiu koniec świata.
Pamiętam jeden, w sierpniu 1998 albo 1999. Byłam na obozie w Zawoi, cała grupą leżeliśmy nad rzeczką i wygłupialiśmy się. Fajny koniec świata to był :-) Beztroski.
Dzisiaj, w koniec świata, zakutana od stóp po czubek nosa, pojechałam sobie do pracy, gdzie trójka z czwórki pacjentów się zgłosiła - może postanowili, że jeśli ginąć, to po uzyskaniu porady psychologicznej ;-)
Dzisiaj, w koniec świata, zjadłam na obiad jajecznicę z podsmażoną parówką.
Dzisiaj dostałam zamówioną kilka dni temu paczuszkę, a w niej pędzel do pudru i paletkę rozświetlaczy do makijażu - śliczną :-)
Dzisiaj przy okazji przedświątecznych porządków, wyrzuciłam spory zapas zwietrzałej herbaty i jakieś 6 czy 7 słoiczków po tymkowych obiadkach i deserkach, trzymanych diabli wiedzą po co.
Dzisiaj muszę jeszcze poodkurzać, umyć kuwetę, posprzątać w łazience, ubrać z dzieckiem choinkę...
Normalny dzień grudniowy :-)
Jednak odwołany?
Kolejny zaliczony w moim życiu koniec świata.
Pamiętam jeden, w sierpniu 1998 albo 1999. Byłam na obozie w Zawoi, cała grupą leżeliśmy nad rzeczką i wygłupialiśmy się. Fajny koniec świata to był :-) Beztroski.
Dzisiaj, w koniec świata, zakutana od stóp po czubek nosa, pojechałam sobie do pracy, gdzie trójka z czwórki pacjentów się zgłosiła - może postanowili, że jeśli ginąć, to po uzyskaniu porady psychologicznej ;-)
Dzisiaj, w koniec świata, zjadłam na obiad jajecznicę z podsmażoną parówką.
Dzisiaj dostałam zamówioną kilka dni temu paczuszkę, a w niej pędzel do pudru i paletkę rozświetlaczy do makijażu - śliczną :-)
Dzisiaj przy okazji przedświątecznych porządków, wyrzuciłam spory zapas zwietrzałej herbaty i jakieś 6 czy 7 słoiczków po tymkowych obiadkach i deserkach, trzymanych diabli wiedzą po co.
Dzisiaj muszę jeszcze poodkurzać, umyć kuwetę, posprzątać w łazience, ubrać z dzieckiem choinkę...
Normalny dzień grudniowy :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
