Miałam niedawno kryzys.
Duży kryzys.
Wszystko nie tak.
Mąż irytujący, dziecko niegrzeczne (bunt dwulatka!), gówniana pogoda, katar.
Laptop się rozpada. Zrobiłam dziurę w ulubionym swetrze. Brudne okna. Ręce popękane do krwi. Zajady. Tusz sklejający rzęsy. Bank zawracający głowę. Brak czasu na czytanie.
Ogólna i wszechogarniająca beznadzieja.
I nagle przychodzi taki dzień, jak wczoraj - nie wiem, może dlatego, że to pierwszy dzień po końcu świata ;-) Nagle wszystko widzę w innym świetle.
Dziecko jakieś takie grzeczniejsze, przytulaśne.
Mąż fajny - robi zakupy, sprząta w kuchni, szykuje ryby na święta, żartuje.
Pogoda zimna, ale chociaż nic nie pada.
Katar mija. Okna umyte, kurze pościerane, pościel zmieniona.
Sprawa z bankiem załatwiona.
Dokończyłam książkę, na którą przez tydzień nie miałam czasu.
Tusz do rzęs pal sześć, niecałą dychę kosztował, mała strata. Sweter to tylko sweter, za jakiś czas będę mieć inny ulubiony ;-)
Wypiłam dobrą kawę, wyszorowałam wannę, nie wyspałam się, ale to nic, może w ciągu dnia się zdrzemnę...
Co się liczy?
Dom, rodzina, praca dająca wyżyć.
Reszta to pierdoły.
niedziela, 23 grudnia 2012
piątek, 21 grudnia 2012
Koniec świata.
Czyli co?
Jednak odwołany?
Kolejny zaliczony w moim życiu koniec świata.
Pamiętam jeden, w sierpniu 1998 albo 1999. Byłam na obozie w Zawoi, cała grupą leżeliśmy nad rzeczką i wygłupialiśmy się. Fajny koniec świata to był :-) Beztroski.
Dzisiaj, w koniec świata, zakutana od stóp po czubek nosa, pojechałam sobie do pracy, gdzie trójka z czwórki pacjentów się zgłosiła - może postanowili, że jeśli ginąć, to po uzyskaniu porady psychologicznej ;-)
Dzisiaj, w koniec świata, zjadłam na obiad jajecznicę z podsmażoną parówką.
Dzisiaj dostałam zamówioną kilka dni temu paczuszkę, a w niej pędzel do pudru i paletkę rozświetlaczy do makijażu - śliczną :-)
Dzisiaj przy okazji przedświątecznych porządków, wyrzuciłam spory zapas zwietrzałej herbaty i jakieś 6 czy 7 słoiczków po tymkowych obiadkach i deserkach, trzymanych diabli wiedzą po co.
Dzisiaj muszę jeszcze poodkurzać, umyć kuwetę, posprzątać w łazience, ubrać z dzieckiem choinkę...
Normalny dzień grudniowy :-)
Jednak odwołany?
Kolejny zaliczony w moim życiu koniec świata.
Pamiętam jeden, w sierpniu 1998 albo 1999. Byłam na obozie w Zawoi, cała grupą leżeliśmy nad rzeczką i wygłupialiśmy się. Fajny koniec świata to był :-) Beztroski.
Dzisiaj, w koniec świata, zakutana od stóp po czubek nosa, pojechałam sobie do pracy, gdzie trójka z czwórki pacjentów się zgłosiła - może postanowili, że jeśli ginąć, to po uzyskaniu porady psychologicznej ;-)
Dzisiaj, w koniec świata, zjadłam na obiad jajecznicę z podsmażoną parówką.
Dzisiaj dostałam zamówioną kilka dni temu paczuszkę, a w niej pędzel do pudru i paletkę rozświetlaczy do makijażu - śliczną :-)
Dzisiaj przy okazji przedświątecznych porządków, wyrzuciłam spory zapas zwietrzałej herbaty i jakieś 6 czy 7 słoiczków po tymkowych obiadkach i deserkach, trzymanych diabli wiedzą po co.
Dzisiaj muszę jeszcze poodkurzać, umyć kuwetę, posprzątać w łazience, ubrać z dzieckiem choinkę...
Normalny dzień grudniowy :-)
poniedziałek, 26 listopada 2012
Dwulatek.
Tymocha kończy dwa lata!
Kiedy to zleciało? Czasem wciąż trudno mi uwierzyć, że jestem mamą (serio!), a to już dwa lata trwa!
Dwa lata temu o tej porze, jeszcze z brzucholem jak balon, chyba akurat wypełniałam jakieś formalności związane z przyjęciem na oddział położniczy w cudnym szpitalu ICZMP...
Tymek pojawił się na świecie 8 godzin później.
Nie przeczuwałam jeszcze wtedy, jak bardzo postawi na głowie moje życie.
Miewam go po kokardy i pewnie jeszcze nie raz w życiu będę się zastanawiać "po co mi to było" ;-)
Ale odpowiedź przecież jest prosta.
Po to, żeby przykładał główkę do mojej głowy, kiedy się uderzę i mówił "puciałuję mamę".
Po to, żeby mi przypominał "jedz śniadanie, mamo".
Żeby krzyczał "Ahaaa!" na widok czegoś, co przyciągnie jego uwagę.
Żeby chciał się ze mną przytulać ("dudu na siofie").
Żeby pomagał mi rozładowywać zmywarkę ;-)
I z tysiąca innych powodów :-)
Z okazji urodzin życzę Ci, Synku, żebyś był zawsze szczęśliwy!
Kiedy to zleciało? Czasem wciąż trudno mi uwierzyć, że jestem mamą (serio!), a to już dwa lata trwa!
Dwa lata temu o tej porze, jeszcze z brzucholem jak balon, chyba akurat wypełniałam jakieś formalności związane z przyjęciem na oddział położniczy w cudnym szpitalu ICZMP...
Tymek pojawił się na świecie 8 godzin później.
Nie przeczuwałam jeszcze wtedy, jak bardzo postawi na głowie moje życie.
Miewam go po kokardy i pewnie jeszcze nie raz w życiu będę się zastanawiać "po co mi to było" ;-)
Ale odpowiedź przecież jest prosta.
Po to, żeby przykładał główkę do mojej głowy, kiedy się uderzę i mówił "puciałuję mamę".
Po to, żeby mi przypominał "jedz śniadanie, mamo".
Żeby krzyczał "Ahaaa!" na widok czegoś, co przyciągnie jego uwagę.
Żeby chciał się ze mną przytulać ("dudu na siofie").
Żeby pomagał mi rozładowywać zmywarkę ;-)
I z tysiąca innych powodów :-)
Z okazji urodzin życzę Ci, Synku, żebyś był zawsze szczęśliwy!
poniedziałek, 19 listopada 2012
Nie wiem, o czym napisać...
Od ostatniego posta minął prawie miesiąc.
Pewnie wierni fani już się nie mogą doczekać na kolejny odcinek paproszej opowieści (ha,ha,ha, to sobie podniosłam samoocenę :-p )
Ale o czym tu pisać, gdy za oknem zasrany listopad?
Nie dzieje się nic.
Dni mijają, szare i jednakowe, i może to dobrze w tym przypadku, że mijają, bo im szybciej się listopad skończy, tym lepiej.
Miesiąc już, od kiedy Tata nie mieszka pod ziemskim adresem.
Wbrew wcześniejszym obawom, nie pogrążam się w rozpaczy. Być może to nigdy nie nastąpi.
Żyję jak żyłam wcześniej. Śmieję się z tego, co wcześniej. Spotykam się czasem z ludźmi. Pracuję. Gotuję. Tylko stroje straciły kolory - są czarne, szare, granatowe. Nie na pokaz, sama czuję, że źle bym się czuła w żółtym szaliku, koralowym swetrze. Ale wróci jeszcze czas kolorów...
Trochę częściej się zamyślam, bywam rozkojarzona, zdarza mi się zapłakać, choć nieczęsto.
Wiem, że Tata jest obok i czuwa. Więc staram się zachowywać tak, żeby Go nie zasmucać. I nie złościć ;-)
Tymek cudny. Mądrala - wszystko pamięta, wszystko wie. Dosięga do klamki. Buduje wysokie wieże z klocków, kocha książeczki, lubi chodzić do żłobka. Jest niekłopotliwym pacjentem (niestety ostatnio często mamy okazję to sprawdzać), grzecznym pasażerem środków komunikacji publicznej, wdzięcznym klientem u fryzjera...
I mówi, mówi, mówi...
"Jedz śniadanie, mamo"
"Nie, kotku, zostaw taty śliny" (rośliny)
"Źłobku tańczyłem i śpiewałem" (w żłobku tańczyłem i śpiewałem)
"Kupić tsieba iwki w Lidlu, słysiś tato?" (trzeba kupić w Lidlu oliwki, słyszysz tato?)
...i tak dalej, i temu podobne.
Można czasem pęknąć ze śmiechu :-)
Pewnie wierni fani już się nie mogą doczekać na kolejny odcinek paproszej opowieści (ha,ha,ha, to sobie podniosłam samoocenę :-p )
Ale o czym tu pisać, gdy za oknem zasrany listopad?
Nie dzieje się nic.
Dni mijają, szare i jednakowe, i może to dobrze w tym przypadku, że mijają, bo im szybciej się listopad skończy, tym lepiej.
Miesiąc już, od kiedy Tata nie mieszka pod ziemskim adresem.
Wbrew wcześniejszym obawom, nie pogrążam się w rozpaczy. Być może to nigdy nie nastąpi.
Żyję jak żyłam wcześniej. Śmieję się z tego, co wcześniej. Spotykam się czasem z ludźmi. Pracuję. Gotuję. Tylko stroje straciły kolory - są czarne, szare, granatowe. Nie na pokaz, sama czuję, że źle bym się czuła w żółtym szaliku, koralowym swetrze. Ale wróci jeszcze czas kolorów...
Trochę częściej się zamyślam, bywam rozkojarzona, zdarza mi się zapłakać, choć nieczęsto.
Wiem, że Tata jest obok i czuwa. Więc staram się zachowywać tak, żeby Go nie zasmucać. I nie złościć ;-)
Tymek cudny. Mądrala - wszystko pamięta, wszystko wie. Dosięga do klamki. Buduje wysokie wieże z klocków, kocha książeczki, lubi chodzić do żłobka. Jest niekłopotliwym pacjentem (niestety ostatnio często mamy okazję to sprawdzać), grzecznym pasażerem środków komunikacji publicznej, wdzięcznym klientem u fryzjera...
I mówi, mówi, mówi...
"Jedz śniadanie, mamo"
"Nie, kotku, zostaw taty śliny" (rośliny)
"Źłobku tańczyłem i śpiewałem" (w żłobku tańczyłem i śpiewałem)
"Kupić tsieba iwki w Lidlu, słysiś tato?" (trzeba kupić w Lidlu oliwki, słyszysz tato?)
...i tak dalej, i temu podobne.
Można czasem pęknąć ze śmiechu :-)
niedziela, 21 października 2012
Na pociechę...
Spotkamy się kiedyś u studni,
wkoło będzie zielono.
Nasze żony będą odświętne,
nawet wódkę wypić pozwolą.
Spotkamy się kiedyś u studni,
takiej zwykłej, z kołowrotem.
Woda w niej będzie chłodna,
w świat uwierzymy z powrotem.
Spotkamy się u studni,
być może, że na drugim świecie.
Bóg przecież jest łaskawy
i pewnie da nam tę pociechę.
Spotkamy się kiedyś u studni
z wiecznie żywą wodą.
Bellona też zaprosimy,
on przecież będzie polewał.
Spotkamy się u studni
i będziemy znów tacy młodzi.
Nasze żony będą piękne,
nam wódka nie będzie szkodzić.
(Stare Dobre Małżeństwo)
wkoło będzie zielono.
Nasze żony będą odświętne,
nawet wódkę wypić pozwolą.
Spotkamy się kiedyś u studni,
takiej zwykłej, z kołowrotem.
Woda w niej będzie chłodna,
w świat uwierzymy z powrotem.
Spotkamy się u studni,
być może, że na drugim świecie.
Bóg przecież jest łaskawy
i pewnie da nam tę pociechę.
Spotkamy się kiedyś u studni
z wiecznie żywą wodą.
Bellona też zaprosimy,
on przecież będzie polewał.
Spotkamy się u studni
i będziemy znów tacy młodzi.
Nasze żony będą piękne,
nam wódka nie będzie szkodzić.
(Stare Dobre Małżeństwo)
czwartek, 11 października 2012
?
Ile człowiek jest w stanie udźwignąć?
Wciąż się przekonuję, że więcej, niż sądził...
Czasem w życiu jest tak, że wszystkie dotychczasowe "nieszczęścia" wydają się dziecinną grą, nieporozumieniem.
Ale i przez to trzeba jakoś przebrnąć.
Co nas nie zabije to nas wzmocni?...
środa, 3 października 2012
Środa matki pracującej.
Aktywne życie wciągnęło mnie niepostrzeżenie w swój wir i zdaje się uciekać jeszcze szybciej, niż wcześniej, dzień za dniem, dzień za dniem. I już znowu środa jest...
Szósta z minutami. Ciemno. Mąż mnie budzi - jest już w przedpokoju, w butach, a Dzieć w łóżeczku gada do siebie i wzywa rodziców. Wstaję, przynoszę Dziecia do naszego łóżka, zawijamy się w kołdrę i próbuję go przekonać, żeby jeszcze pospał, na mleko za wcześnie. Sama też usiłuję zasnąć, ale nic z tego - Dzieć gada, wierci się, skubie mnie po uszach, włazi na mnie, złazi, żąda mleka... Jakoś dobijamy do 6,50. Dłużej nie da się dziecku wmawiać, że jeszcze jest noc, bo się jasno robi. Wstajemy, robimy mleko, sypiemy "ciaki" (chrupki) do miseczki. Tymek wypija cały kubek duszkiem i oznajmia "piłem" (wypiłem). Bierze miseczkę z chrupkami i wędruje do salonu na "baję" - stały rytuał, bez niego dzień się nie liczy. Włączam Kreciki, idę się umyć. Przy okazji wstawiam pranie. Po 10 minutach, już ubrana, czekam, aż Krecik dokończy przygodę z nauką gry na flecie. Idziemy się przewinąć i ubrać. Pielucha po nocy pęka w szwach. Zimno jest, więc zakładamy grube spodnie dresowe, koszulkę z długim rękawem. Jeszcze bluza, buty, czapka, kurtka. Pod pachę wyprawka na październik (pieluchy, chusteczki, ręcznik papierowy) i w drogę - wędrujemy do żłobka. Pożegnanie przebiega sprawnie, dziecko może nie zachwycone, ale bez wielkich protestów wchodzi do sali żłobkowej. Wracając do domu kupuję pieczywo. Wstawiam wodę na herbatę, w międzyczasie przygotowuję ciasto na naleśniki, musi przecież pół godziny "odstać". Robię sobie śniadanie. Zjadam. Biorę się za naleśniki, smażąc oglądam jednym okiem w internecie "Prawo Agaty" - a co, trzeba coś mieć z życia ;-)
Naleśniki usmażone, sprzątam w kuchni. Planuję zakupy i wysyłam listę do męża. Włączam zmywarkę. Wieszam pranie, które już się skończyło. Wstawiam następne. Prasuję sobie ciuchy na dzisiaj do pracy. Ścielę łóżko, wietrzę mieszkanie. Ścieram szczyny kota z naszego pufa-wora do siedzenia. Wieszam drugie pranie, które się skończyło.
Wstawiam sobie wodę na herbatę, zjadam małą porcję mleka z chrupkami.
Nie ma jeszcze 11, dobra nasza ;-)
Przede mną odkurzanie, nakarmienie kota, malowanie paznokci, mycie głowy, dokończenie naleśników.
Może mi się uda zdrzemnąć kwadrans. A może nie, diabli wiedzą.
O 14 wychodzę do pracy.
Tam czeka na mnie diagnoza testem Wechslera i urocza dziewczynka z fobią szkolną.
Będę w domu o 20-tej. Jeśli będzie brzydka pogoda, to może kolega z pracy podwiezie mnie samochodem. Jak nie - czeka mnie 40-minutowa podróż autobusami, z przesiadką na mało zachęcającym Placu Barlickiego. Jak przyjadę, dziecko będzie pewnie już spać. Sądzę, że i ja będę mieć siłę tylko zjeść kolację i wziąć prysznic, potem padnę do łóżka...
Dobrze, że środa jest tylko raz w tygodniu ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
